sobota, 6 września 2014

Tuesday, August 28th, 2012 7:55 a.m.

Wchodzę na pierwszą lekcję i widzę Breckina siedzącego z tyłu klasy w całej swojej różowej krasie. Zastanawiam się, jak to się stało, że wczoraj nie zauważyłam tych różowych bucików i chłopaka, który je nosi, aż do przerwy obiadowej.
– Cześć, śliczna – mówi, kiedy siadam na krześle obok niego. Biorę kubek z kawą z jego rąk i piję łyk. Pozwala mi na to, bo nie zna mnie jeszcze na tyle dobrze, żeby zaprotestować. A może dlatego, że zdaje sobie sprawę z konsekwencji przyjaźni z taką fanatyczką kawy jak ja.
– Dużo się o tobie wczoraj dowiedziałem – mówi. – Szkoda, że nie masz internetu. To wspaniałe miejsce do odkrywania nieznanych faktów o sobie.
Wybucham śmiechem.
– A kto powiedział, że chcę je znać?
Odchylam głowę do tyłu i dopijam kawę, po czym oddaję mu kubek. Patrzy na niego z niedowierzaniem, po czym odstawia go na moją ławkę.
– Cóż, i tak ci powiem – wzdycha. – Otóż dzięki śledztwu przeprowadzonemu na Facebooku dowiedziałem się, że w piątek stukałaś się z niejakim Danielem Wesleyem i wystraszyłaś się, że zaszłaś w ciążę. Z kolei w sobotę uprawiałaś seks z jakimś Graysonem, a potem go wykopałaś. Natomiast wczoraj... – Bębni palcami po brodzie. – Wczoraj po szkole widziano, jak biegasz z Deanem Holderem. Trochę mnie to zmartwiło, bo krążą plotki, że on nie przepada za mormonami.
Czasami cieszę się, że nie mam dostępu do internetu.
– No to po kolei... – mówię, przeglądając w myślach listę plotek na swój temat. – Nawet nie znam tego Daniela Wesleya. W sobotę Grayson rzeczywiście u mnie był, ale zdążył sobie tylko trochę pomacać, zanim wyrzuciłam go, bo był zalany. A wczoraj faktycznie biegałam z niejakim Holderem, ale w ogóle nie mam pojęcia, kto to. Akurat biegał w tym samym czasie co ja, a że mieszka niedaleko, więc... Oczywiście mam poczucie winy, że tak bagatelizuję to swoje bieganie z Holderem. Po prostu nie mogę go rozgryźć i nie mam pewności, czy jestem gotowa dzielić się wiedzą o nim z zaledwie dwadzieścia godzin temu poznanym Breckinem.
– Jeśli poczujesz się dzięki temu lepiej, dodam, że dowiedziałem się od jakiejś panienki o imieniu Shayna, że jestem obrzydliwie bogatym dziedzicem starej fortuny – dodaje. – To dobrze – śmieję się. – Przynajmniej bez problemu będziesz mi mógł co rano stawiać kawę.
Drzwi klasy otwierają się i oboje podnosimy wzrok. Do środka wchodzi Holder ubrany w białą koszulkę i ciemne dżinsy. Włosy ma świeżo umyte. Ledwo go zobaczyłam, powracają dawne objawy grypy żołądkowej lub motylki w brzuchu.
– O cholera – mruczę pod nosem. Holder tymczasem podchodzi do biurka pana Mulligana i kładzie na nim formularz zgłoszeniowy, po czym idzie na koniec klasy, nie przestając bawić się telefonem. Siada tuż przed Breckinem, ani razu na mnie nie patrząc. Wycisza komórkę, po czym wkłada ją do kieszeni.
Jestem w tak wielkim szoku, że nie odzywam się do niego ani słowem. Czyżby udało mi się sprawić, że zmienił zdanie i wrócił do szkoły? Sama nie wiem, czy cieszę się z tego, że go do tego nakłoniłam.
Pan Mulligan wchodzi do klasy, kładzie swoje rzeczy na biurku, po czym zapisuje na tablicy swoje nazwisko i datę. Zastanawiam się przez chwilę, czy na serio uważa, że od wczoraj zapomnieliśmy, jak się nazywa, czy po prostu chce nam w ten sposób zasygnalizować, że ma nas za bandę debili.
– Dean – mówi, wciąż zwrócony twarzą do tablicy, po czym odwraca się i przygląda Holderowi.
– Serdecznie witamy, mimo że spóźniłeś się o jeden dzień. Mam nadzieję, że w tym semestrze nie będziesz nam sprawiał kłopotów?
Szczęka mi opada, gdy słyszę tę protekcjonalną uwagę. Jeśli właśnie tak traktowano Holdera w tej szkole, nic dziwnego, że nie chciał do niej wracać. Do mnie przypieprzają się tylko inni uczniowie, nauczyciele na razie nie. Moim zdaniem niezależnie od tego, kim jest uczeń, nauczyciel nie powinien go traktować z góry. To powinna być pierwsza zasada tego zawodu. Zasada numer dwa: nigdy nie zapisuj po raz drugi swojego nazwiska na tablicy.
Holder poprawia się na krześle, po czym odpowiada nauczycielowi z równą złośliwością.
– A ja mam nadzieję, że nie powie pan już w tym semestrze niczego, co mogłoby mnie skłonić do sprawiania panu kłopotów.
No dobra, wygląda na to, że trafił swój na swego. Być może następnym razem powinnam nauczyć Holdera szacunku dla nauczycieli.
Pan Mulligan pochyla głowę i przeszywa Holdera gniewnym spojrzeniem znad oprawek okularów.
– Dean, bądź tak dobry i wyjdź na środek, żeby przedstawić się kolegom z klasy. Odkąd opuściłeś nas w zeszłym roku, pojawiło się tutaj kilka nowych twarzy.
Holder nie protestuje, choć dam głowę, że tego właśnie oczekiwał pan Mulligan. Zrywa się ochoczo z krzesła i idzie szybko na środek klasy. Ten nagły przejaw werwy sprawia, że nauczyciel cofa się o krok. Holder staje twarzą do nas. Nie ma w nim ani odrobiny zwątpienia czy braku pewności siebie.
– Zrobię to z prawdziwą przyjemnością – oznajmia, zerkając na pana Mulligana. – Nazywam się Dean Holder. Ludzie wołają na mnie Holder. – Przenosi wzrok z nauczyciela na klasę. – Chodzę tu od pierwszej klasy z wyjątkiem prawie rocznego urlopu naukowego. Jak już wspomniał pan Mulligan, lubię sprawiać kłopoty, więc powinno być wesoło.
Kilkoro uczniów śmieje się, ale ja nie widzę w tym nic zabawnego. Już wcześniej słyszałam o tym chłopaku nieciekawe rzeczy, teraz swoim zachowaniem wydaje się to wszystko potwierdzać. Otwiera usta, by ciągnąć dalej, ale w następnej chwili patrzy na mnie i się uśmiecha, po czym mruga do mnie porozumiewawczo. Mam ochotę schować się pod ławkę. Uśmiecham się do niego półgębkiem, po czym wbijam wzrok w podłogę, gdy inni uczniowie odwracają się, by zobaczyć, na kogo gapi się Holder.
Półtorej godziny temu rozstał się ze mną wkurzony. Teraz uśmiecha się do mnie, jakbym była jego najlepszą przyjaciółką, z którą od lat się nie widział.
No to chyba ma problem.
Breckin nachyla się do mnie.
– Co to, do cholery, było? – szepcze.
– Powiem ci na obiedzie – odpowiadam.
– Czy to już wszystkie mądrości, jakimi chciałeś się dziś z nami podzielić? – pyta Holdera pan Mulligan.
Chłopak kiwa głową, a potem wraca na miejsce, nie odrywając ode mnie wzroku. Siada i odwraca do mnie głowę. Pan Mulligan zaczyna lekcję i wszyscy przenoszą uwagę z powrotem na przód klasy. Wszyscy z wyjątkiem Holdera. Patrzę na książkę i otwieram ją na odpowiednim rozdziale, mając nadzieję, że zrobi to samo. Kiedy jednak podnoszę wzrok, okazuje się, że cały czas się na mnie gapi.
– Co? – szepczę, unosząc ręce.
Mruży oczy i przez chwilę patrzy na mnie w milczeniu.
– Nic – odpowiada w końcu. Odwraca się i otwiera książkę leżącą przed nim.
Breckin uderza ołówkiem o moje kłykcie i spogląda na mnie z zaciekawieniem, po czym wraca do lektury. Jeśli oczekuje ode mnie wyjaśnienia tego, co się właśnie zdarzyło, będzie rozczarowany, bo sama nie wiem.
W czasie zajęć kilka razy zdarza mi się spojrzeć w kierunku Holdera, ale ani razu nie odwraca się w moją stronę. Ledwo rozlega się dzwonek, Breckin zrywa się z krzesła i bębni palcami w moją ławkę.
– Ja i ty. Stołówka – mówi, unosząc brwi. Wychodzi z klasy, a ja przenoszę uwagę na Holdera.
Wpatruje się gniewnie w drzwi, przez które dopiero co wyszedł Breckin.
Zabieram swoje rzeczy i wychodzę, zanim Holder ma szansę rozpocząć rozmowę. Naprawdę się cieszę, że postanowił wrócić do szkoły, ale przeszkadza mi sposób, w jaki na mnie patrzy – zupełnie jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi. Nie chcę, żeby Breckin czy ktoś inny myślał, że pochwalam to, co robi Holder. Raczej nie będę się z nim zadawać. Choć coś mi mówi, że może to dla niego być problem.
Idę do swojej szafki i wyciągam książkę do angielskiego. Zastanawiam się, czy Shayna/Shayla przywita się ze mną. Pewnie nie, w końcu rozmawiałyśmy prawie dobę temu. Wątpię, czy ma wystarczająco dużo szarych komórek, żeby pamiętać wydarzenia sprzed tak dawna.
– Hej.
Zaciskam ze strachem powieki, nie chcąc go zobaczyć.
– Przyszedłeś. – Poprawiam książki w szafce, po czym odwracam się do niego. Uśmiecha się i opiera o szafkę obok.
– Super wyglądasz – mówi, przyglądając mi się z uznaniem. – Chociaż spocona też jesteś niczego sobie.
On też świetnie wygląda, ale nie zamierzam mu tego mówić.
– Przyszedłeś tu po to, żeby dalej mnie prześladować, czy naprawdę wróciłeś do szkoły?
Uśmiecha się figlarnie i bębni palcami o szafkę.
– Jedno i drugie.
Naprawdę muszę już skończyć z tymi żartami o prześladowaniu. Najgorsze jest to, że według mnie on naprawdę jest do tego zdolny.
Rozglądam się po pustoszejącym korytarzu.
– Muszę iść do klasy – mówię. – Witaj z powrotem.
Przypatruje mi się spod zmrużonych powiek, prawie jakby wyczuwał moje zakłopotanie.
– Dziwnie się zachowujesz – oznajmia.
Przewracam oczami. Niby skąd o tym wie? Przecież mnie nie zna. Patrzę na szafkę, próbując ukryć swoje prawdziwe przemyślenia, które tłumaczą, dlaczego zachowuję się „dziwnie”. Na przykład: czemu jego przeszłość nie przeraża mnie bardziej? Albo: dlaczego do tego stopnia nie panuje nad sobą, że w zeszłym roku pobił tego biednego chłopaka? I dlaczego chce ze mną biegać i o mnie wypytywał? Zamiast zadać głośno te pytania, wzruszam jedynie ramionami i chowam się za głupawym:
– Po prostu jestem zaskoczona, że cię tu widzę.
Potrząsa głową.
– Nie. To coś innego. Co jest nie tak?
Wzdycham i opieram się o swoją szafkę.
– Mam być z tobą szczera?
– O niczym innym nie marzę.
Zaciskam usta i kiwam głową.
– Dobrze – mówię, odwracając się do niego twarzą. – Nie zrozum mnie źle. Flirtujesz ze mną i sprawiasz wrażenie, jakbyś miał co do mnie zamiary, których nie chcę odwzajemniać. A poza tym jesteś... –Przerywam, szukając właściwego słowa.
– Jaki jestem? – pyta, wpatrując się we mnie z napięciem.
– Jesteś... impulsywny. Zbyt impulsywny. Humorzasty. I trochę przerażający. A do tego jest jeszcze coś – zawieszam głos. – Nie zrozum mnie źle – powtarzam.
– Co masz na myśli? – Mówi to tak, jakby doskonale wiedział, o co mi chodzi.
Wzdycham i opieram się plecami o szafkę, patrząc w podłogę.
– No wiesz... – mówię, nie chcąc poruszać kwestii jego przeszłości, skoro on tego nie robi.
Holder staje przede mną i opiera rękę na szafce obok mojej głowy, po czym pochyla się do mnie. Patrzymy sobie w oczy, nasze twarze znajdują się jakieś piętnaście centymetrów od siebie.
– Nie wiem, bo kluczysz, jakbyś bała się to powiedzieć. Po prostu to powiedz, i tyle.
Kiedy tak na niego patrzę, czuję się, jakbym została złapana w pułapkę, i ogarnia mnie taka sama panika jak po naszym pierwszym spotkaniu.
– Słyszałam o tym, co zrobiłeś – mówię ostro. – Wiem o tym chłopaku, którego pobiłeś. Wiem, że
wylądowałeś w poprawczaku. Wiem, że od kiedy się znamy, śmiertelnie mnie wystraszyłeś co najmniej trzy razy. I skoro już mamy być szczerzy, wiem też, że jeśli o mnie wypytywałeś, na pewno dowiedziałeś się, jaką mam reputację, i na pewno tylko dlatego w ogóle zawracasz sobie mną głowę.
Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale nie będę się z tobą pieprzyć. Nie chcę, żebyś myślał, że możesz liczyć na coś więcej. Biegamy razem. To wszystko.
Zaciska szczęki, ale poza tym wyraz jego twarzy się nie zmienia. Opuszcza rękę i cofa się o krok, dzięki czemu znów mogę swobodnie oddychać. Nie rozumiem, dlaczego za każdym razem, kiedy się do mnie zbliża, brakuje mi powietrza w płucach. A jeszcze mniej rozumiem, dlaczego mi się to podoba.
Przyciskam do piersi książki, chcąc go ominąć, kiedy nagle czyjaś ręka obejmuje mnie w pasie i odciąga od niego. Patrzę w bok i widzę Graysona. Mierzy Holdera wzrokiem i mnie przytula.
– Holder – mówi lodowatym tonem. – Nie wiedziałem, że wróciłeś.
Holder zdaje się go nie zauważać. Wpatruje się we mnie przez chwilę, po czym przenosi spojrzenie na rękę Graysona obejmującą mnie w pasie. Kiwa nieznacznie głową i uśmiecha się, zupełnie jakby nagle zdał sobie z czegoś sprawę, po czym znów spogląda mi w oczy.
– To prawda, wróciłem – odpowiada, nie patrząc na Graysona.
Co tu się, do diabła, dzieje? Skąd tu się wziął Grayson i dlaczego obejmuje mnie tak, jakby miał do mnie prawa?
Holder odrywa ode mnie wzrok i odwraca się, by odejść, ale nagle się rozmyśla. Znów patrzy na mnie.
– Kwalifikacje do drużyny lekkoatletycznej odbędą się w czwartek po szkole – mówi. – Przyjdź.
A potem odchodzi.
Grayson niestety nie.
– Masz czas w sobotę? – szepcze mi do ucha, przyciągając do siebie.
Odsuwam się i odwracam od niego głowę.
– Przestań – mówię wytrącona z równowagi. – Chyba wyraziłam się jasno w ostatni weekend.
Zatrzaskuję szafkę i odchodzę, zastanawiając się, jakim cudem przez całe życie udawało mi się unikać dramatycznych wydarzeń, a teraz ledwie w dwa dni zgromadziłam materiał na całą książkę.


*

Breckin siada naprzeciwko mnie i przysuwa mi colę.
– Nie mieli kawy, więc wziąłem coś innego z kofeiną.
Uśmiecham się.
– Dzięki, jesteś moim najlepsiejszym przyjacielem na całym bożym świecie.
– Nie dziękuj, miałem niecne intencje. Chcę cię tym przekupić, żebyś wtajemniczyła mnie w skandaliczne szczegóły swojego życia uczuciowego.
Wybucham śmiechem i otwieram colę.
– Muszę cię rozczarować, ale moje życie uczuciowe nie istnieje.
Otwiera swoją butelkę i uśmiecha się do mnie.
– Śmiem wątpić. Wystarczy tylko popatrzeć, jak niektórzy się na ciebie gapią.
Kiwa głową na prawo.
Trzy stoliki od nas siedzi Holder. Rzeczywiście nie odrywa ode mnie oczu. Przy jego stoliku siedzą kumple z drużyny futbolowej, którzy wydają się nie posiadać z radości, że go odzyskali.
Poklepują go po plecach i zagadują, nie zauważając, że jest zajęty czymś innym. Pije łyk wody, patrząc mi w oczy. Odstawia butelkę na stolik nieco zbyt gwałtownie, po czym kiwa głową w prawo i wstaje. Patrzę w kierunku, który wskazał, i widzę wyjście ze stołówki. Idzie tam, spodziewając się, że pójdę za nim.
– Taaa, jasne – mówię bardziej do siebie niż do Breckina.
– No właśnie, że jasne. Sprawdź, czego od ciebie chce, a potem wróć tutaj i zdaj mi relację.
Piję kolejny łyk coli, po czym stawiam butelkę na stoliku.
– Tak jest.
Moje ciało wstaje, by iść za Holderem, ale serce zostaje przy stole. Jestem pewna, że wyskoczyło mi z piersi, gdy tylko pokazał, żebym szła za nim. Przed Breckinem robię dobrą minę do złej gry, w rzeczywistości jednak w ogóle nie panuję nad sobą.
Holder idzie kilka kroków przede mną. Drzwi wahadłowe zamykają się za nim. Kładę na nich rękę i zastanawiam się chwilę przed wyjściem na korytarz. Chyba wolałabym zostać za karę w kozie, niż z nim gadać. Żołądek mam związany w tyle węzłów, że nie powstydziłby się ich żaden żeglarz.
Patrzę w obie strony, ale go nie widzę. Robię kilka kroków i docieram do szafek, po czym skręcam za róg. Stoi oparty plecami o jedną z nich. Nogę zgiął w kolanie, stopę opiera o szafkę, ręce ma skrzyżowane na piersi i patrzy prosto na mnie. Jego błękitne oczy błyszczą z wściekłości.
– Chodzisz z Graysonem? – pyta.
Przewracam oczami, po czym podchodzę do szafki naprzeciwko i opieram się o nią. Mam już dosyć tych jego humorów, a przecież dopiero co go poznałam.
– Czy to ważne?
Jestem ciekawa, czemu tak się tym interesuje. Milczy przez chwilę. Zauważyłam, że robi to prawie zawsze, zanim coś powie.
– To palant.
– Ty też czasami nim jesteś – mówię szybko, nie potrzebując tak dużo czasu na odpowiedź jak on.
– On nie jest ciebie wart.
Wybucham śmiechem.
– W przeciwieństwie do ciebie, co? – pytam. Gdyby to były zawody, byłoby już dwa zero dla mnie.
Zwiesza ramiona, odwraca się twarzą do szafki i uderza w nią dłonią. Metaliczny huk wypełnia korytarz.
– Nie chodzi o mnie – mówi, odwracając się w moją stronę. – Mówimy teraz o Graysonie. Nie
powinnaś się z nim spotykać. Nie masz pojęcia, co to za złamas.
Zaczynam się śmiać. Nie dlatego, że powiedział coś śmiesznego, ale dlatego, że mówi poważnie. Gość, którego ledwie znam, śmie mi dyktować, z kim mogę się umawiać? Unoszę ręce w geście rozpaczy.
– Dwa dni, Holder, Znamy się zaledwie od dwóch dni. – Podchodzę do niego. – Przez te dwa dni
widziałam twoich pięć różnych wcieleń i tylko jedno z nich mi się podobało. Nie masz prawa wypowiadać się ani o mnie, ani o moich decyzjach. To po prostu śmieszne.
Holder rusza szczękami, wpatrując się we mnie. Ręce znów ma skrzyżowane na piersiach.
Podchodzi do mnie. Jego wzrok jest tak twardy i zimny, że zaczynam myśleć, że to jego szóste wcielenie, jeszcze bardziej wściekłe i zaborcze.
– Zrozum, najpierw widzę to – delikatnie przesuwa palcem pod moim limem – a potem obejmuje cię ten dupek. Co mam myśleć? Przepraszam, jeśli wydaje ci się to śmieszne.
Dotyk jego palców pozbawia mnie tchu. Ostatkiem sił udaje mi się nie przymknąć oczu z rozkoszy i nie wtulić twarzy w jego dłoń. Muszę się jakoś uodpornić na tego chłopaka. Postaram się. To mój nowy cel.
Odsuwam się od niego. Zaciska palce w pięść i opuszcza rękę.
– Twoim zdaniem powinnam się trzymać z dala od Graysona ze względu na jego wybuchy złości?
– Przechylam głowę i wpatruję się w niego, mrużąc oczy. – To lekka hipokryzja z twojej strony, nie uważasz?
Przez jakiś czas patrzy na mnie bez słowa. Potem wzdycha i prawie niedostrzegalnie przewraca oczami. Potrząsa głową, po czym zerka w bok. Następnie wolno odwraca się do mnie, tym razem unikając mojego wzroku. Raz jeszcze krzyżuje ramiona na piersi i wbija spojrzenie w podłogę.
– Czy on cię uderzył? – pyta beznamiętnie. Dalej ma opuszczoną głowę, lecz tym razem patrzy na mnie. – Czy kiedykolwiek podniósł na ciebie rękę?
Znów próbuje sterować moimi emocjami, raptownie zmieniając swoje zachowanie.
– Nie – odpowiadam cicho. – Nigdy. Mówiłam ci już... To był wypadek.
Patrzymy na siebie w całkowitej ciszy, aż wreszcie rozlega się dzwonek i korytarz wypełnia się uczniami. To ja pierwsza odrywam od niego wzrok. Wracam do stołówki, nie oglądając się za siebie.

sobota, 23 sierpnia 2014

Tuesday, August 28th, 2012 6:15 a.m.

Kiedy dzwoni budzik, w pierwszej chwili myślę o tym, żeby odpuścić sobie dzisiejszy bieg.
W następnej przypominam sobie jednak, kto czeka na mnie na dworze. Ubieram się szybciej, niż ubrałam się kiedykolwiek od dnia, kiedy umiem to samodzielnie robić, po czym podchodzę do okna.
Na szybie widzę przyklejoną od wewnątrz karteczkę ze słowem „dziwka” napisanym pismem Six.
Uśmiecham się, zrywam ją, a potem rzucam na łóżko. Po chwili wychodzę przez okno.
Siedzi na krawężniku z wyciągniętymi przed sobie nogami. Właśnie się rozgrzewa. Jest
odwrócony do mnie plecami, co mi nawet odpowiada. Gdyby było inaczej, zobaczyłby
rozczarowanie malujące się na mojej twarzy, gdy uświadamiam sobie, że dzisiaj ma na sobie koszulkę. Słysząc kroki, odwraca się do mnie.
– Hej.
Uśmiecha się i wstaje. Kiedy to robi, zauważam, że jego koszulka jest już mokra. Musiał tu biec.
Przebiegł już cztery kilometry, ze mną czeka go jeszcze jakieś pięć, a potem znów cztery kilometry do domu. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego zawraca sobie tym wszystkim głowę. I dlaczego mu na to pozwalam.
– Może najpierw rozgrzewka? – proponuje.
– Jestem już po.
Dotyka kciukiem mojego policzka.
– Nie wygląda to już tak źle – ocenia. – Boli?
Potrząsam głową. Naprawdę spodziewał się, że zdołam cokolwiek z siebie wydusić, kiedy
dotyka mojej twarzy? Trudno jest równocześnie mówić i wstrzymywać oddech.
Cofa rękę i uśmiecha się do mnie.
– No dobra. Gotowa?
Wypuszczam powietrze.
– Jasne.
Zaczynamy. Przez chwilę biegniemy obok siebie, ale potem chodnik się zwęża i Holder zajmuje pozycję za mną. Czuję się przez to niesamowicie skrępowana. Zwykle zatracam się cała w biegu, tym razem jednak jestem boleśnie świadoma swojego ciała, od włosów aż po każdą kroplę potu spływającą mi po plecach. Czuję ulgę, kiedy chodnik znów staje się na tyle szeroki, że Holder może biec obok mnie.
– Powinnaś spróbować biegania na bieżni. – Jego głos jest opanowany i trudno uwierzyć, że przebiegł już dzisiaj ponad sześć kilometrów. – Masz lepszą kondycję niż większość chłopaków z drużyny z zeszłego roku.
– Nie wiem, czy chcę – odpowiadam, niezbyt pociągająco zdyszana. – Na razie prawie nikogo tam nie znam. Większość uczniów jest dosyć wredna. Szczerze mówiąc, nie chcę mieć z nimi do czynienia.
– Cierpliwości, to dopiero pierwszy dzień. Nie możesz oczekiwać, że po tym, jak przez całe życie uczyłaś się w domu, od razu będziesz miała setki przyjaciół.
Staję raptownie. Robi kilka kroków, zanim orientuje się, że się zatrzymałam. Odwraca się, a kiedy widzi, że stoję nieruchomo na chodniku, podbiega i łapie mnie za ramiona.
– Dobrze się czujesz? Kręci ci się w głowie?
Potrząsam głową, po czym strącam jego dłonie z ramion.
– Nic mi nie jest – mówię z wyraźnie słyszalnym rozdrażnieniem.
Przekrzywia głowę.
– Powiedziałem coś nie tak?
Zaczynam iść w kierunku swojego domu. Nie pozostaje mu nic innego, jak podążać za mną.
– Tak jakby – odpowiadam, zerkając na niego. – Wczoraj nie mówiłam do końca serio o tym prześladowaniu, ale przyznałeś, że szukałeś mnie na fejsie. Potem nalegałeś, żeby ze mną biegać, choć masz nie po drodze. A teraz okazuje się, że jakimś cudem wiesz, że dopiero zaczęłam chodzić do szkoły i że przedtem uczyłam się w domu. Nie ukrywam, trochę mnie to niepokoi.
Czekam na wyjaśnienia, ale on tylko patrzy na mnie zmrużonymi oczami. Idziemy w całkowitej ciszy do najbliższego rogu. W końcu ciężko wzdycha i przerywa milczenie.
– Trochę o ciebie rozpytywałem – przyznaje. – Mieszkam tu od dziesiątego roku życia, więc mam mnóstwo znajomych. Zaintrygowałaś mnie.
Patrzę na niego przez chwilę, po czym nagle zawstydzona przenoszę wzrok na chodnik.
Zastanawiam się, co takiego ci „znajomi” opowiedzieli mu o mnie. Zdaję sobie sprawę z plotek, jakie krążą na mój temat, odkąd zaczęłam się kumplować z Six, ale po raz pierwszy jestem z tego powodu zawstydzona. To, że ten chłopak nadrabia tyle drogi, żeby trochę ze mną pobiegać, może oznaczać tylko jedno. Słyszał te plotki i ma nadzieję, że są prawdziwe.
Widząc moje zmieszanie, chwyta mnie za rękę i zatrzymuje.
– Sky...
Stajemy twarzami do siebie, ale wzrok cały czas wbijam w chodnik. Dzisiaj mam na sobie trochę więcej niż sportowy biustonosz, ale i tak krzyżuję ramiona na piersiach. Choć nie muszę niczego zasłaniać, z jakiegoś powodu czuję się obnażona.
– Chyba wczoraj nie za dobrze zaczęliśmy – mówi. – Jeśli chodzi o prześladowanie, przysięgam, to był żart. Nie chcę, żebyś czuła się nieswojo w moim towarzystwie. Może chciałabyś się dowiedzieć czegoś więcej o mnie? Zapytaj, o co chcesz, a ci odpowiem.
Mam nadzieję, że mówi szczerze, ponieważ zdążyłam się już przekonać, że nie jest jednym z tych facetów, w których dziewczyny po prostu się durzą. To jeden z tych, w których dziewczyny zakochują się na zabój. Sama myśl o tym mnie przeraża. Nie chcę się w nikim zakochiwać, a zwłaszcza w chłopaku, który podrywa mnie tylko dlatego, że myśli, że jestem łatwa. Tak samo nie chcę się zakochiwać w kimś, kto ma tatuaż ze słowem „beznadziejny”. Ale jestem ciekawa. I to bardzo ciekawa.
– Jeśli cię o coś zapytam, będziesz ze mną szczery?
Pochyla się i patrzy mi prosto w oczy.
– Zawsze taki będę.
To, jak zniża głos, kiedy do mnie mówi, sprawia, że kręci mi się w głowie. Boję się, że jeśli dalej będzie mówił w ten sposób, znowu zemdleję. Na szczęście odsuwa się o krok i czeka na moje pytanie. Chcę go zapytać o przeszłość. Chcę wiedzieć, dlaczego wylądował w poprawczaku, dlaczego zrobił to, co zrobił, i dlaczego Six mu nie ufa. Jednak nie jestem pewna, czy chcę znać prawdę.
– Dlaczego rzuciłeś szkołę?
Wzdycha, jakby to było jedno z tych pytań, na które odpowiedzi chce uniknąć. Rusza przed siebie i tym razem to ja muszę iść za nim.
– W zasadzie jeszcze jej nie rzuciłem.
– Cóż, nie byłeś w niej od ponad roku. Jak to inaczej nazwać?
Odwraca się do mnie. Wygląda tak, jakby bił się z myślami, jakby chciał powiedzieć mi coś ważnego. Otwiera usta, waha się chwilę, po czym je zamyka. Żałuję, że nie umiem go rozgryźć.
Większość ludzi nie stanowi dla mnie problemu. Są prości. Holder jest skomplikowany, wręcz pogmatwany.
– Wróciłem do domu dopiero kilka dni temu – mówi. – Beznadziejnie się dogadywałem z matką, więc na jakiś czas zamieszkałem z tatą w Austin. Chodziłem tam do szkoły, ale poczułem, że już czas wracać. Więc jestem.
To, że pominął milczeniem swój pobyt w poprawczaku, sprawia, że wątpię w jego
prawdomówność. Rozumiem, że pewnie nie chce o tym rozmawiać, ale nie powinien w takim razie twierdzić, że będzie ze mną szczery.
– To jeszcze nie tłumaczy, dlaczego postanowiłeś rzucić szkołę.
Wzrusza ramionami.
– Nie wiem. Mówiąc szczerze, ciągle zastanawiam się nad tym, co chcę robić. Mam za sobą naprawdę popieprzony rok. A poza tym nienawidzę tej budy. Męczą mnie te wszystkie pierdoły i czasami myślę, że może lepiej by było spróbować czegoś innego.
Zatrzymuję się i odwracam do niego.
– Co za bzdurna wymówka.
Unosi brwi.
– Co nazywasz bzdurą? To, że nienawidzę szkoły?
– Nie, to, że pozwalasz, żeby jeden zły rok wpłynął na całe twoje życie. Zostało ci tylko dziewięć miesięcy do skończenia szkoły, a ty ją rzucasz? To po prostu... głupie.
Wybucha śmiechem.
– Cóż za elokwencja.
– Możesz się śmiać, ile wlezie. Porzucenie szkoły to przyznanie się do porażki. Udowadniasz
wszystkim tym, którzy w ciebie zwątpili, że mieli rację. – Spoglądam na tatuaż na jego ramieniu. – Rzucisz szkołę, żeby pokazać całemu światu, że naprawdę jesteś beznadziejny? Żeby to w końcu do wszystkich dotarło?
Podąża za moim spojrzeniem i wpatruje się przez chwilę w tatuaż. Naprawdę nie chciałam zmieniać tematu, ale kwestia edukacji jest dla mnie drażliwa. To wina Karen. To ona przez lata kładła mi do głowy, że jestem kowalem swego losu.
Holder odrywa wzrok od tatuażu i kiwa głową w stronę mojego domu.
– Jesteś na miejscu – oznajmia. Odwraca się bez uśmiechu i odchodzi bez pożegnania.
Stoję na chodniku i patrzę, jak znika za rogiem. Ani razu nie spojrzał w moim kierunku.
A miałam nadzieję, że dzisiaj uda mi się do niego dotrzeć. To tyle, jeśli chodzi o moje
oczekiwania.

sobota, 16 sierpnia 2014

Monday, August 27th, 2012 7:10 p.m.

– Co się stało z twoją twarzą? – Jack puszcza moją brodę i podchodzi do lodówki.
Od półtora roku jest stałym elementem życia Karen. Kilka razy w tygodniu je z nami kolację. Również dzisiaj zaszczyca nas swoją obecnością na pożegnalnej kolacji Six. Chociaż lubi jej dokuczać, wiem, że będzie mu jej brakowało.
– Miałam bliskie spotkanie z chodnikiem – odpowiadam.
– Więc to dlatego jest taki wyszczerbiony – śmieje się.
Six bierze kromkę chleba i otwiera słoik nutelli. Ja z kolei nakładam sobie trochę wegańskiej papki Karen. Jej kuchnię trzeba polubić, Six nie udało się to przez cztery lata. Natomiast Jack jest pokrewną duszą Karen, więc nie ma nic przeciwko jej potrawom. Dzisiejsze menu zawiera coś, czego nazwy nie umiem nawet wymówić, lecz jest całkowicie pozbawione produktów pochodzenia zwierzęcego, jak zwykle zresztą. Karen nie zmusza mnie do praktykowania weganizmu, więc zwykle jem, co chcę.
Z kolei wszystko, co je Six, jest tylko dodatkiem do jej głównego dania, czyli nutelli. Dzisiaj na przykład je kanapkę z serem i nutellą. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek to polubiła.
– I co? Kiedy się wprowadzasz? – pytam Jacka. Od pewnego czasu rozmawiają z Karen o zrobieniu następnego kroku, ale na razie na przeszkodzie stoi jej nieprzejednany sprzeciw wobec wszelkich zdobyczy techniki. To znaczy, stoi on na przeszkodzie Jackowi. Dla Karen nie jest to w ogóle żadna przeszkoda.
– Gdy tylko twoja mama ustąpi i kupi telewizor – odpowiada Jack.
Nie jest to przedmiot kłótni. Wydaje mi się, że obojgu pasuje taki układ jak teraz. Wcale nie spieszy im się do konfrontacji.
– Sky zemdlała dzisiaj na ulicy – mówi Karen, zmieniając temat. – Pewien uroczy młodzieniec wniósł ją do domu.
Wybucham śmiechem.
– Facet, mamo. Powiedz po prostu facet.
Six piorunuje mnie wzrokiem i nagle uświadamiam sobie, że nie opowiedziałam jej o swojej popołudniowej przebieżce. Podobnie jak nie zwierzyłam się ze swoich przeżyć w szkole. Ten dzień naprawdę obfitował w wydarzenia. Zastanawiam się, komu będę się zwierzać po jej jutrzejszym wyjeździe. Drżę na samą myśl o tym, że za dwa dni moja najlepsza przyjaciółka znajdzie się na drugim końcu świata. Mam nadzieję, że Breckin bez problemu wejdzie w jej buty. Pewnie nie miałby nic przeciwko temu, żeby zrobić to dosłownie, ale liczę na to, że poprzestanie na sensie przenośnym.
– Dobrze się czujesz? – dopytuje się Jack. – Musiałaś nieźle przyłożyć, skoro masz takie limo.
Dotykam oka i krzywię się. Na śmierć o tym zapomniałam.
– To akurat zawdzięczam Six. Przyłożyła mi dzisiaj dwa razy łokciem.
Oczekuję, że przynajmniej jedno z nich zapyta, dlaczego przyjaciółka mnie zaatakowała, ale nic takiego się nie dzieje. To tylko pokazuje, jak bardzo ją lubią. Nawet gdyby mnie pobiła, pewnie uznaliby, że widocznie zasłużyłam.
– Nie wkurza cię to, że zamiast imienia masz cyfrę? – pyta ją Jack. – Nigdy tego nie rozumiałem.
Tak samo jak rodziców, którzy nadają swojemu dziecku imię jakiegoś dnia tygodnia. – Zastyga na chwilę z uniesionym widelcem i patrzy na Karen. – Nie zrobimy tego naszemu dziecku. Nic, co wiąże się z kalendarzem, nie wchodzi w rachubę.
Karen wpatruje się w niego z kamienną twarzą. Sądząc z jej reakcji, Jack po raz pierwszy wspomniał o dziecku. A sądząc z jej miny, posiadanie dzieci nie jest tym, co bierze pod uwagę. Ani nie będzie brać w przyszłości.
Jack przenosi uwagę z powrotem na Six.
– Czy ty przypadkiem nie masz naprawdę na imię Seven, Thirteen czy coś w tym stylu? Nie mam pojęcia, czemu zmieniłaś imię na Six. To chyba najgorsza liczba, jaką mogłaś wybrać.
– Puszczam mimo uszu twoje obelgi – odpowiada Six – bo to po prostu twój sposób na to, żeby
pogodzić się z moim wyjazdem.
Jack wybucha śmiechem.
– A rób sobie z moimi obelgami, co ci się żywnie podoba. Ciąg dalszy za pół roku po twoim powrocie.

*
Po wyjściu Jacka i Six pomagam Karen posprzątać w kuchni. Od chwili, gdy Jack wspomniał o dzieciach, jest dziwnie milcząca.
– Dlaczego aż tak bardzo cię to wkurzyło? – pytam, podając jej talerz do wytarcia.
– Niby co?
– Jego uwaga o dziecku. Jesteś po trzydziestce. Wiele kobiet w twoim wieku decyduje się na dzieci.
– Aż tak bardzo było to widać?
– Ja to zauważyłam.
Bierze ode mnie kolejny talerz, po czym wzdycha ciężko.
– Kocham Jacka. Ale kocham też siebie i ciebie. Podoba mi się taki układ jak obecnie. Nie jestem pewna, czy dojrzałam do jakiejkolwiek zmiany, nie mówiąc już o dziecku. A Jack chce iść dalej.
Zakręcam wodę i wycieram ręce.
– Mamo, za kilka tygodni będę miała osiemnastkę. I tak wszystko się zmieni. Wyjadę do college’u, a ty zostaniesz tutaj sama. Może przynajmniej pomyślisz o tym, żeby pozwolić mu się wprowadzić.
Uśmiecha się do mnie, ale to smutny uśmiech, jak zawsze, gdy wspominam o college’u.
– Myślę o tym, Sky. Wierz mi. To po prostu bardzo ważny krok. Kiedy już go zrobię, nie będę się mogła wycofać.
– A może wcale nie będziesz tego chciała? Może zrobisz po nim następny krok, a potem znów następny, aż w końcu zaczniesz biec?
Śmieje się.
– Właśnie tego się boję.
Wycieram blat, po czym płuczę ścierkę w zlewie.
– Czasami cię nie rozumiem.
– Nie przejmuj się, ja ciebie też – odpowiada, klepiąc mnie po ramieniu. – Na przykład za nic w świecie nie zrozumiem, dlaczego tak bardzo zależało ci na tym, żeby pójść do szkoły. Mówiłaś, żebyło zabawnie. Ja jednak ciekawa jestem, jak było naprawdę?
Wzruszam ramionami.
– Dobrze – kłamię. Po raz kolejny wygrywa mój upór. Nie ma mowy, żebym przyznała się do tego, że po pierwszym dniu znienawidziłam szkołę, chociaż wiem, że Karen nigdy nie powiedziałaby: „A nie mówiłam?”.
Wyciera ręce i uśmiecha się do mnie.
– Cieszę się. Niemniej jednak liczę na to, że kiedy zapytam cię o to jutro, powiesz mi prawdę.

*
Wyjmuję z plecaka książkę, którą dostałam od Breckina, i padam na łóżko. Udaje mi się przeczytać ledwie dwie strony, kiedy przez okno wchodzi Six.
– Najpierw szkoła, potem prezent – mówi. Siada obok mnie, a ja odkładam książkę na stolik
nocny.
– W szkole było do dupy. Przez to, że nie umiesz odmawiać facetom, odziedziczyłam po tobie reputację puszczalskiej. Jednak dzięki boskiej interwencji zostałam uratowana przez Breckina, adoptowanego geja i mormona, który co prawda nie ma zdolności wokalnych ani aktorskich, ale za to uwielbia czytać i jest moim najlepsiejszym przyjacielem na całym bożym świecie.
Six robi nadąsaną minę.
– No ładnie – mówi. – Jeszcze nawet nie wyjechałam, a ty już znalazłaś kogoś na moje miejsce? To podłe. A poza tym to wcale nie jest tak, że nie umiem odmawiać facetom. Po prostu nie widzę nic złego w seksie przedmałżeńskim. W dużych ilościach seksu przedmałżeńskiego.
Kładzie mi na kolanach pudełko. Nawet go nie zawinęła w papier.
– Wiem, co myślisz – mówi. – Ale musisz wiedzieć, że ten brak opakowania nie oznacza, że cię nie szanuję. Jestem po prostu leniwa.
Potrząsam pudełkiem.
– To ty wyjeżdżasz. To ja powinnam ci dać prezent.
– To prawda. Ale nie umiesz dawać prezentów i nie oczekuję, że zmienisz się ze względu na mnie.
Ma rację. Jestem w tym beznadziejna, ale głównie dlatego, że sama nie cierpię dostawać prezentów. To prawie tak samo krępujące jak płaczący ludzie. Odwracam pudełko i otwieram je. Wyciągam bibułkę i do ręki wpada mi telefon komórkowy.
– Six – mówię – wiesz, że nie mogę...
– Cicho bądź. Nie ma mowy, żebym poleciała na drugi koniec świata i nie mogła się z tobą skontaktować. Nie masz nawet e-maila.
– Wiem, ale nie mogę sobie na niego pozwolić... Przecież nie pracuję. A Karen...
– Spoko, to telefon na kartę. Doładowałam go akurat na tyle, żebyśmy mogły codziennie do siebie esemesować. Nie stać mnie na połączenia międzynarodowe, więc tak do końca się nie ciesz. A żebyś
żyła w zgodzie z pokręconymi, okrutnymi zasadami twojej matki, ten szajs nie ma dostępu do internetu. Możesz z niego tylko esemesować.
Bierze telefon, włącza go, po czym dodaje do kontaktów swój numer.
– Jeśli poznasz jakieś niezłe ciacho, doładuj sobie konto. Ale jeśli zużyjecie moje minuty, powieszę go za jaja.
Oddaje mi telefon. W kontaktach figuruje jako „Twoja najlepsiejsza przyjaciółka na całym bożym świecie”.
Jestem do niczego w dostawaniu prezentów i jeszcze bardziej do niczego w pożegnaniach.
Odkładam telefon z powrotem do pudełka i podnoszę plecak. Wyrzucam z niego na podłogę książki, po czym odwracam go i wytrząsam na kolana Six banknoty.
– Tu jest trzydzieści siedem dolarów – mówię. – Powinno ci wystarczyć do powrotu.
Szczęśliwej wymiany zagranicznej.
Unosi garść dolarów i podrzuca je w górę. Spadają na łóżko.
– Byłaś tam zaledwie jeden dzień, a te suki już zasypały cię forsą? – śmieje się. – Nieźle.
Kładę jej na piersi pożegnalną kartkę, po czym opieram głowę na jej ramieniu.
– Powinnaś zobaczyć, jak w stołówce tańczyłam na rurze. To dopiero było niezłe.
Unosi kartkę i z uśmiechem przesuwa po niej palcami. Nie zagląda do środka, ponieważ doskonale wie, że nie lubię zbytniej czułostkowości. Kładzie kartkę z powrotem na piersi, a potem opiera głowę na moim ramieniu.
– Ale z ciebie dziwka – mówi cicho, próbując powstrzymać łzy. Obie jesteśmy zbyt twarde, by sobie na nie pozwolić.
– Tak słyszałam.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Monday, August 27th, 2012 5:25 p.m.

Kiedy wracam Aspen Road, kłuje mnie w piersiach, a ciało drętwieje. Oddech zmienił się z kontrolowanych wdechów i wydechów w niekontrolowane posapywanie. Zwykle to właśnie ten moment najbardziej lubię. Tę chwilę, kiedy każda cząstka ciała zamienia się w paliwo pchające mnie naprzód i jestem całkowicie skupiona na następnym kroku i niczym więcej.
Następny krok.
Nic poza tym.
Nigdy jeszcze nie pobiegłam tak daleko. Zwykle zatrzymuję się po pokonaniu dwóch i pół kilometra kilka przecznic wcześniej, ale nie tym razem. Mimo zmęczenia wciąż nie mogę oczyścić myśli. Biegnę dalej, mając nadzieję, że wreszcie mi się to uda, ale zajmuje to więcej czasu niż zwykle. Jedyną rzeczą, która mnie powstrzymuje, jest fakt, że im dalej pobiegnę, tym większy będę miała dystans do pokonania z powrotem, oraz to, że już prawie skończyła mi się woda.
Zatrzymuję się na końcu czyjegoś podjazdu i opierając się o skrzynkę pocztową, otwieram butelkę z wodą. Ocieram pot z czoła i unoszę butelkę do ust. Wszystko, na co mogę liczyć, to ostatnie cztery krople. Przez ten teksański skwar opróżniłam już całą butelkę. Jestem wściekła na siebie, że nie pobiegłam rano. Zaraz się tu rozpuszczę.
Bojąc się odwodnienia, postanawiam, że drogę powrotną pokonam spokojnym krokiem. Coś nie wydaje mi się, żeby moja śmierć ze zmęczenia za bardzo uszczęśliwiła Karen. I tak już siędenerwuje, że biegam sama.
Zaczynam iść, kiedy nagle słyszę za sobą znajomy głos.
– Hej.
Jakby moje serce nie biło już szybko i bez tego! Wolno odwracam się i widzę Holdera. Patrzy na mnie z uśmiechem, a przy kącikach ust znów tworzą mu się dołeczki. Włosy ma mokre od potu – najwyraźniej również biegał.
Mrugam powiekami, myśląc przez chwilę, że to przywidzenie wywołane wyczerpaniem. Instynkt każe mi uciekać z krzykiem, ale ciało pragnie wtulić się w jego lśniące od potu ramiona. Moje ciało to pieprzony zdrajca.
Na szczęście urywany oddech mogę zwalić na karb forsownego biegu, a nie tego, że znów go zobaczyłam. I to tylko w szortach i adidasach.
– Cześć – odpowiadam, ciężko dysząc. Ze wszystkich sił staram się patrzeć mu w oczy, ale nie mogę nic poradzić na to, że wzrok ześlizguje mi się niżej. W końcu wbijam oczy w ziemię. Szorty tak seksownie opinają mu biodra, że zapominam natychmiast o wszystkim, czego się o nim dzisiaj dowiedziałam. Nigdy nie byłam dziewczyną, dla której wygląd faceta miałby kluczowe znaczenie.
Czuję się taka płytka. To żałosne. Wręcz idiotyczne. Jestem trochę zła na siebie, że dałam się tak podejść.
– Biegasz? – pyta tymczasem on, opierając się łokciem o skrzynkę pocztową.
Kiwam głową.
– Zwykle rano. Zapomniałam, jak gorąco bywa popołudniami.
Usiłuję na niego spojrzeć, osłaniając dłonią oczy przed słońcem, którego promienie tworzą nad jego głową aureolę.
Cóż za ironia losu.
Wyciąga rękę, a ja wzdrygam się, po czym zdaję sobie sprawę z tego, że podaje mi butelkę wody.
To, że zaciska wargi, by powstrzymać uśmiech, dowodzi, że widzi, jak się denerwuję w jego obecności.
– Napij się. – Podaje mi do połowy pustą butelkę. – Wyglądasz na wyczerpaną.
W normalnych okolicznościach nie przyjmuję wody od obcych. Zwłaszcza od obcych, na których temat nie usłyszałam nic dobrego. Jestem jednak strasznie spragniona. Spragniona jak cholera.
Biorę od niego butelkę, odchylam do tyłu głowę i piję trzy duże łyki. Z chęcią opróżniłabym ją do reszty, ale nie chcę go pozbawiać zapasów.
– Dzięki – mówię, oddając mu butelkę. Wycieram dłonią usta i oglądam się za siebie. – Mam przed sobą dwa i pół kilometra, więc lepiej już pójdę.
– Raczej cztery – prostuje, wędrując wzrokiem do mojego brzucha. Nie zawracając sobie głowy wytarciem butelki, przyciska ją do ust, po czym, nie spuszczając ze mnie wzroku, odchyla głowę do tyłu i wypija do dna. Nie mogę się powstrzymać od patrzenia na jego usta dotykające butelki, której przed chwilą dotykały moje usta. To tak, jakbyśmy się pocałowali.
Potrząsam głową.
– Co?
Nie jestem pewna, czy coś powiedział, czy mi się tylko wydawało. Jestem zbyt pochłonięta patrzeniem na kropelki potu spływające po jego piersi.
– Powiedziałem, że raczej cztery kilometry. Mieszkasz przy Conroe, a to jakieś cztery kilometry stąd. W sumie daje to około ośmiu kilometrów w obie strony. – Wypowiada te słowa z wyraźnym podziwem.
Przyglądam mu się z zaciekawieniem.
– Wiesz, gdzie mieszkam?
– Tak.
Nie rozwija tematu. Nie odrywam od niego wzroku i milczę, czekając na wyjaśnienia.
Widząc, że nie jestem usatysfakcjonowana tym jego „tak”, wzdycha i mówi:
– Linden Sky Davis, urodzona 29 września, zamieszkała przy Conroe Street 1455. Metr
sześćdziesiąt wzrostu. Zgoda na pobranie organów.
Odsuwam się od niego o krok, w mojej głowie pojawia się bowiem straszliwe podejrzenie, że w najbliższej przyszłości czeka mnie śmierć z rąk przystojnego prześladowcy. Zastanawiam się, czy nie przestać osłaniać oczu rękę, żeby lepiej mu się przyjrzeć przed ucieczką. Ułatwi to policji sporządzenie portretu pamięciowego.
– To wszystko masz w prawie jazdy – wyjaśnia, widząc na mojej twarzy mieszankę strachu i konsternacji. – Pamiętasz? Pokazywałaś mi je przed sklepem.
To wyjaśnienie jakoś mnie nie przekonuje.
– Patrzyłeś na nie jakieś dwie sekundy.
Wzrusza ramionami.
– Mam dobrą pamięć.
– Śledzisz mnie – mówię śmiertelnie poważnie.
Wybucha śmiechem.
– Ja ciebie śledzę? To ty stoisz przed moim domem. – Pokazuje ręką budynek za sobą.
To jego dom? No bez jaj.
Prostuje się i bębni palcami o litery na skrzynce pocztowej.
Holderowie.
Czuję, że się rumienię, ale to bez znaczenia. Po forsownym biegu w teksańskim popołudniowym skwarze na pewno całe moje ciało jest czerwone. Próbuję nie gapić się na ten dom, jednak ciekawość zwycięża. Jest skromny, na pewno niczym się nie wyróżnia. Pasuje do średniozamożnej dzielnicy, w której się znajdujemy. Podobnie jak samochód, który stoi na podjeździe. Zastanawiam się, czy to jego auto. Z rozmowy, którą prowadził w sklepie z Tą Jak Jej Tam, wynikało, że jest w moim wieku, więc na pewno mieszka z rodzicami. Ale jakim cudem nigdy go nie widziałam? Nie mam pojęcia, jak mogłam dotąd nie wiedzieć, że mieszkam zaledwie cztery kilometry od jedynego chłopaka na świecie, który potrafi przyprawić mnie o zawrót głowy.
Chrząkam.
– Dzięki za wodę – mówię. Mogę myśleć tylko o tym, jak najszybciej przerwać tę niezręczną
sytuację. Macham mu na pożegnanie i ruszam przed siebie.
– Zaczekaj! – krzyczy za mną. A ponieważ nie zwalniam, wyprzedza mnie, po czym odwraca się i zaczyna biec tyłem. – Naleję ci trochę wody.
Wyjmuje mi butelkę z lewej dłoni, muskając przy tym mój brzuch. Zamieram.
– Zaraz wracam – mówi, po czym rusza biegiem do domu.
Nie wiem, co o tym myśleć. Zupełnie nie spodziewałam się po kimś takim jak on aż takiej
uprzejmości. Może cierpi na rozdwojenie jaźni? Albo jest mutantem, jak Hulk? Lub kimś takim jak doktor Jekyll i pan Hyde? Zastanawiam się, czy Dean nie jest jego miłym wcieleniem, a Holder tym przerażającym. A jeśli tak, to w sklepie z pewnością spotkałam Holdera. Dean podoba mi się o wiele bardziej.
Niezręcznie mi tam stać, więc zaczynam iść w stronę jego podjazdu, zatrzymując się co chwilę, żeby popatrzeć na ulicę prowadzącą do mojego domu. Nie mam pojęcia, co robić. Wydaje mi się, że każda decyzja, jaką podejmę w tej chwili, będzie należeć do tych głupich.
Czy powinnam tu poczekać?
Czy też raczej uciec?
A może ukryć się w krzakach, zanim ten świr wróci z kajdankami i nożem?
Zanim udaje mi się uciec, drzwi się otwierają i Holder wychodzi z butelką wody. Tym razem słońce mam za plecami, więc bez trudu mogę na niego patrzeć. To jednak wcale nie jest takie dobre, bo nie mam ochoty robić nic więcej.
Ech, nienawidzę tego pożądania.
Nienawidzę. Go.
Każda cząstka mojej duszy wie, że Holder nie jest dobrym człowiekiem, ale moje ciało o to nie dba.
Podaje mi butelkę i szybko piję kolejny łyk. Teksański skwar sam w sobie jest nie do zniesienia; w połączeniu z Deanem Holderem to przedsionek piekła.
– Tam... wtedy... przed sklepem... – jąka się. – Przepraszam, jeśli cię zdenerwowałem.
Płuca błagają o choćby odrobinę powietrza, ale jakoś udaje mi się odpowiedzieć:
– Wcale mnie nie zdenerwowałeś.
Po czym dodaję w myślach: ty mnie przeraziłeś.
Holder wpatruje się we mnie badawczo przez chwilę. Odkryłam dzisiaj, że nie lubię, gdy ktoś mnie tak bada wzrokiem. Wolę pozostawać niezauważona.
– Nie próbowałem się też do ciebie przystawiać – kontynuuje tymczasem. – Po prostu wziąłem cię za kogoś innego.
– Nie ma sprawy – odpowiadam, choć wcale tak nie uważam. Dlaczego nagle poczułam
rozczarowanie, że nie próbował mnie poderwać? Powinnam się cieszyć.
– Nie żebym nie miał na to ochoty – dodaje Holder z uśmiechem. – Po prostu nie podrywałem cię akurat wtedy.
Dzięki ci, Jezu. To wyjaśnienie sprawia, że mimo woli na mojej twarzy pojawia się uśmiech.
– Pobiegać z tobą? – pyta, wskazując głową na chodnik za mną.
Tak, proszę, mówię w myślach.
– Nie, nie trzeba.
Kiwa głową.
– I tak idę w tym kierunku. Biegam dwa razy dziennie i mam trochę... – Przerywa w połowie zdania i podchodzi szybko do mnie. Ujmuje palcami moją brodę i odchyla głowę. – Kto ci to zrobił? – pyta. Na jego twarzy pojawia się ten sam grymas niezadowolenia, który widziałam w sklepie. 
– Wcześniej nie miałaś tej śliwy pod okiem.
Odsuwam się i wybucham śmiechem.
– To był wypadek. Pamiętaj: nigdy nie przerywaj dziewczynie drzemki.
Wcale się nie śmieje. Zamiast tego znów podchodzi do mnie i delikatnie dotyka kciukiem skóry pod moim okiem.
– Gdyby ktoś ci to zrobił specjalnie, powiedziałabyś, prawda?
Chcę odpowiedzieć, ale nie mogę. Przecież on dotyka mojej twarzy. Jego dłoń spoczywa na moim policzku. Nie mogę myśleć, mówić, nawet oddychać. Jego zniewalający urok pozbawia mnie tchu i sił. Kiwam tylko głową nieprzekonująco, a on marszczy brwi, po czym cofa rękę.
– Pobiegnę z tobą – oznajmia. Kładzie ręce na moich ramionach, później odwraca mnie
i delikatnie popycha. Zrównuje się ze mną i zaczynamy w milczeniu biec.
Chcę z nim pogadać. Chcę zapytać o rok w poprawczaku, o to, dlaczego rzucił szkołę i czemu ma ten tatuaż... ale boję się poznać odpowiedzi. Nie mówiąc już o tym, że nie mogę złapać tchu. Dlatego też całą drogę do mojego domu pokonujemy w całkowitym milczeniu.
Kiedy jesteśmy już w pobliżu mojego podjazdu, oboje zaczynamy iść. Nie mam pojęcia, jak to zakończyć. Nikt nigdy ze mną nie biegał, więc nie wiem, co nakazuje zrobić biegowa etykieta, kiedy dwóch biegaczy ma się rozdzielić. Odwracam się i po prostu do niego macham.
– Pewnie się jeszcze spotkamy? – pytam niepewnie.
– Oczywiście – odpowiada, patrząc mi przeciągle w oczy.
Uśmiecham się do niego z zażenowaniem, po czym odwracam się. Oczywiście. To słowo
dźwięczy mi w głowie, kiedy idę podjazdem do domu. Co on chciał przez to powiedzieć? Nawet nie zapytał mnie o numer komórki (nie żebym ją miała). Nie zapytał też, czy chcę jeszcze z nim biegać.
Powiedział za to „oczywiście”, jakby był święcie przekonany, że się jeszcze spotkamy; cóż, mam nadzieję, że wie, co mówi.
– Sky, zaczekaj. – Kiedy słyszę, jak wypowiada moje imię, żałuję, że nie jest to jedyne słowo, jakie zna. Odwracam się i modlę w duchu, żeby znów wyskoczył z jakąś tandetną próbą podrywu.
Tym razem poddałabym się bez zastrzeżeń.
– Zrobisz coś dla mnie?
Tak długo, jak jesteś bez koszulki, zrobię wszystko, co tylko chcesz.
– Tak?
Rzuca mi butelkę. Kiedy ją łapię, okazuje się pusta. Mam wyrzuty sumienia, że sama o tym nie pomyślałam. Potrząsam nią i kiwam głową, po czym wbiegam po schodach do domu. Kiedy wchodzę do kuchni, Karen właśnie napełnia zmywarkę brudnymi naczyniami. Gdy tylko zamykają się za mną drzwi, wciągam łapczywie powietrze, o które błagały moje płuca.
– Jezu, Sky. Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zemdleć. Usiądź.
Karen wyciąga mi butelkę z rąk i popycha mnie na krzesło. Ciężko dysząc, pozwalam, żeby ją napełniła. Odwraca się i mi ją podaje, a ja ją zakręcam, po czym wstaję i wybiegam na dwór.
– Dzięki – mówi Holder, gdy podaję mu butelkę. Stoję i patrzę, jak przyciska ją znów do tych swoich wydatnych warg.
Ponownie mam uczucie, że właściwie się całujemy.
Trudno mi orzec, czy czuję się tak, jak się czuję, z powodu pokonania ośmiu kilometrów czy raczej z powodu jego bliskości. Tak czy owak brak tlenu sprawia, że jestem bliska omdlenia. Holder zakręca butelkę i sunie oczami po moim ciele, zatrzymując się nieco zbyt długo na nagim brzuchu, po czym spogląda mi w oczy.
– Biegasz na bieżni? – pyta.
Zasłaniam brzuch lewą ręką i splatam dłonie na biodrze.
– Nie. Ale zastanawiam się, czy nie spróbować.
– Powinnaś. Masz warunki. Przebiegłaś osiem kilometrów, a jesteś tylko trochę zdyszana. Jesteś w ostatniej klasie?
Nie ma pojęcia, jak wiele wysiłku kosztuje mnie powstrzymanie się przed osunięciem się
z rzężeniem na chodnik. Nigdy jeszcze nie przebiegłam tak długiego dystansu za jednym zamachem.
Ze wszystkich sił staram się udawać, że to dla mnie łatwizna. Najwyraźniej mi się udaje.
– To jeszcze nie wiesz, do której klasy chodzę? Chyba nie jesteś aż tak dobrym stalkerem, jak myślałam.
Udaje mi się go rozbawić. Widząc dołeczki w jego policzkach, gratuluję sobie w duchu.
– Wcale nie tak łatwo cię wyśledzić – mówi. – Nie ma cię nawet na fejsie.
Właśnie przyznał się, że szukał mnie na Facebooku. Poznaliśmy się niecałe dwie godziny temu, więc fakt, że od razu zaczął mnie tam szukać, trochę mi schlebia. Uśmiecham się mimo woli. Diabli mnie jednak biorą, gdy słyszę tę żałośnie usprawiedliwiającą się panienkę, która pokonała prawdziwą mnie.
– Nie mam konta na fejsie – wyjaśniam. – Ani dostępu do internetu.
Przygląda mi się uważnie i uśmiecha, jakby mi nie wierzył. Odgarnia włosy z czoła.
– A komórka? Nie masz netu w komórce?
– Komórki też nie mam. Moja matka nie jest fanką nowoczesnej techniki. Nawet telewizora nie mamy.
– O kurde – śmieje się. – Mówisz serio? To co robisz, kiedy chcesz się rozerwać?
Również się śmieję i wzruszam ramionami.
– Biegam.
Holder znów mi się przypatruje, zerkając na mój brzuch. Od teraz dwa razy się zastanowię, zanim zacznę biegać w biustonoszu sportowym.
– W takim razie czy możesz mi powiedzieć, o której zwykle rano biegasz?
Kiedy na mnie patrzy, w ogóle nie widzę w nim tej osoby, którą opisywała mi Six. Widzę tylko flirtującego z dziewczyną chłopaka o uwodzicielskim błysku w oczach.
– Nie jestem pewna, czy chciałbyś się zrywać tak wcześnie – odpowiadam.
To, jak na mnie patrzy, w połączeniu ze skwarem Teksasu sprawia, że nagle robi mi się ciemno przed oczami, więc wciągam głęboko powietrze, nie chcąc, żeby wydało się, jak bardzo jestem wyczerpana i zdenerwowana.
Pochyla głowę w moją stronę, mrużąc oczy.
– Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę wstać tak wcześnie.
Obdarza mnie olśniewającym uśmiechem, a mnie ciemnieje przed oczami.
Dosłownie. Po prostu mdleję.
Sądząc po bólu ramienia, a także po brudzie i żwirze przyklejonym do policzka, to nie był piękny, pełen wdzięku upadek. Straciłam przytomność i przydzwoniłam w chodnik, zanim Holder zdążył mnie złapać. Zupełnie inaczej niż bohaterki romansów.
Leżę na kanapie, gdzie zapewne położył mnie po wniesieniu do domu. Karen stoi nade mną ze szklanką wody, a Holder tuż za nią. Oboje wypatrują następstw najbardziej żenującej chwili mojego życia.
– Napij się wody, Sky. – Karen unosi mi głowę do kubka. Piję łyk, po czym opadam na poduszkę i zamykam oczy, marząc tylko o tym, żeby znów stracić przytomność.
– Przyłożę ci kompres – mówi Karen i wychodzi. Otwieram oczy, mając nadzieję, że Holder również wyszedł, ale okazuje się, że wciąż tutaj jest, a nawet się do mnie przybliżył. Klęka przy mnie i wyciąga z moich włosów grudkę ziemi, a może kamyk.
– Na pewno dobrze się czujesz? To był naprawdę groźny upadek.
Sprawia wrażenie zmartwionego. Kciukiem ściera mi coś z policzka, po czym opiera dłoń na kanapie tuż przy mnie.
– Jezu... – wzdycham, zasłaniając ręką oczy. – Przepraszam. Tak mi wstyd...
Chwyta mnie za przegub i odciąga rękę.
– Ciii... – mówi. Zmartwiony wyraz znika z jego twarzy, gdy uśmiecha się żartobliwie. –
Właściwie to trochę się z tego cieszę.
Do salonu wraca Karen.
– Proszę, oto kompres, skarbie. Chcesz coś przeciwbólowego? Nie masz czasami mdłości?
Zamiast podać mi szmatkę, wręcza ją Holderowi, po czym znów wychodzi do kuchni.
– Powinnam mieć tu gdzieś nagietek albo korzeń łopianu.
Super. Jakbym już nie była wystarczająco zawstydzona, to jeszcze zmusi mnie do picia swoich domowych nalewek.
– Nic mi nie jest, mamo. Nic mnie nie boli.
Holder delikatnie przykłada szmatkę do mojego policzka i go wyciera.
– Może teraz cię nic nie boli, ale za jakiś czas to się może zmienić – mówi tak cicho, że Karen nie ma szans, żeby go usłyszeć. Odrywa wzrok od mojego policzka i patrzy mi w oczy. – Na wszelki wypadek powinnaś coś wziąć.
Nie mam pojęcia, dlaczego ta propozycja brzmi o wiele bardziej pociągająco niż wtedy, gdy wypowiadała ją Karen. Kiwam głową. Przełykam ślinę. Wstrzymuję oddech. Zaciskam mocno uda.
I próbuję usiąść, ponieważ boję się, że jeśli będę leżeć choć chwilę dłużej, a on dalej będzie pochylał się nade mną, znowu zemdleję.
Bierze mnie za łokieć i pomaga usiąść. Karen wraca do salonu i podaje mi szklankę z sokiem pomarańczowym. Jej nalewki są tak gorzkie, że musi dolewać do nich soku, żebym ich nie wypluła.
Wypijam zawartość szklanki szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, po czym oddaję jej naczynie. Chcę tylko, żeby sobie stąd poszła.
– Przepraszam – mówi, wyciągając rękę do Holdera. – Karen Davis.
Chłopak wstaje i ściska jej rękę.
– Dean Holder. Dla przyjaciół po prostu Holder.
Zazdroszczę jej, że dotknęła jego ręki. Mam ochotę wziąć numerek i stanąć w kolejce.
– Skąd się znacie ze Sky? – pyta.
Chłopak patrzy na mnie w tej samej chwili, kiedy ja spoglądam na niego. Uśmiecha się prawie niedostrzegalnie.
– Właściwie to się nie znamy – odpowiada, zerkając na Karen. – Po prostu biegałem w okolicy.
– W takim razie dziękuję za pomoc. Nie wiem, czemu zemdlała. Nigdy jej się to nie zdarzało. – Zerka na mnie. – Jadłaś w ogóle coś dzisiaj?
– Trochę kurczaka na obiad – mówię, nie przyznając się do snickersa, którego wtrząchnęłam przed bieganiem. – To stołówkowe żarcie jest do dupy.
Przewraca oczami i unosi dramatycznie ręce.
– Dlaczego nic nie zjadłaś, zanim poszłaś biegać?
Wzruszam ramionami.
– Zapomniałam. Zwykle biegam rano.
Karen wzdycha ciężko i zanosi szklankę do kuchni.
– Nie chcę już, żebyś biegała, Sky. Co by się stało, gdybyś była sama? Poza tym za bardzo się forsujesz.
Chyba żartuje. Nie ma mowy, żebym przestała biegać.
Widząc moją nietęgą minę, Holder patrzy w kierunku kuchni i mówi:
– Wie pani co? Mieszkam przy Ricker i biegam tu codziennie popołudniami. (Łże jak pies.
Zauważyłabym go). Jeśli to panią uspokoi, mogę przez jakiś tydzień pobiegać rano z pani córką.
Zwykle biegam na szkolnej bieżni, ale nie ma sprawy, mogę to zmienić. Dzięki temu będzie pani pewna, że nic złego jej się nie stanie.
No tak. Nic dziwnego, że ten kaloryfer na jego brzuchu wydał mi się znajomy.
Karen wchodzi do salonu, po czym patrzy na mnie, a potem na niego. Wie dobrze, ile radości daje mi moje samotne bieganie, ale widzę, że czułaby się lepiej, gdybym biegała z kimś.
– Podoba mi się ten pomysł – mówi, patrząc na mnie. – O ile Sky nie ma nic przeciwko temu.
Nie mam. Ale pod warunkiem, że mój nowy partner będzie biegał bez koszulki.
– Niech będzie – mówię. Wstaję, zaczyna mi się jednak kręcić w głowie. Chyba musiałam nagle zblednąć, bo Holder kładzie mi rękę na ramieniu i kieruje mnie z powrotem na kanapę.
– Spokojnie – mówi, po czym patrzy na Karen. – Ma pani może krakersy? Powinny pomóc.
Karen znów wychodzi do kuchni, a chłopak spogląda na mnie ze zmartwioną miną.
– Na pewno dobrze się czujesz?
Muska kciukiem mój policzek.
Drżę.
Kiedy usiłuję ukryć gęsią skórkę na ramionach, na jego twarzy pojawia się szatański uśmieszek.
Patrzy na Karen krzątającą się w kuchni, a potem z powrotem przenosi wzrok na mnie.
– O której jutro mam zacząć cię prześladować? – szepcze.
– O wpół do siódmej? – odszeptuję, spoglądając na niego bezradnie.
– Niech będzie.
– Holder, nie musisz tego robić.
Przez kilka chwil wpatruje się we mnie hipnotyzującym spojrzeniem swoich błękitnych oczu.
Kiedy w końcu się odzywa, nie jestem w stanie oderwać wzroku od jego równie hipnotyzujących ust.
– Ale ja chcę z tobą biegać.
Przypatruje mi się badawczo. Mam taki mętlik w głowie, że nie udaje mi się odpowiedzieć.
Pojawia się Karen z krakersami.
– Jedz – mówi, wciskając mi je do ręki.
Holder wstaje i żegna się z Karen, a potem odwraca się do mnie.
– Uważaj na siebie. Do zobaczenia jutro rano, tak?
Kiwam głową i patrzę, jak wychodzi. Potem przez dłuższą chwilę nie odrywam oczu od drzwi.
Do reszty straciłam panowanie nad sobą. Czy właśnie to Six tak bardzo uwielbia? Czy to jest pożądanie?
Nie cierpię tego. Nienawidzę tego pięknego, magicznego uczucia.
– Jest całkiem miły – odzywa się Karen. – I przystojny. – Odwraca się do mnie. – Naprawdę go nie znasz?
Wzruszam ramionami.
– Tylko ze słyszenia – odpowiadam. Nie wdaję się w szczegóły. Gdyby się dowiedziała, jakiego beznadziejnego chłopaka właśnie zaakceptowała jako partnera do biegania swojej córki, wpadłaby w szał. Im mniej wie o Deanie Holderze, tym lepiej.