– Cześć, śliczna – mówi, kiedy siadam na krześle obok niego. Biorę kubek z kawą z jego rąk i piję łyk. Pozwala mi na to, bo nie zna mnie jeszcze na tyle dobrze, żeby zaprotestować. A może dlatego, że zdaje sobie sprawę z konsekwencji przyjaźni z taką fanatyczką kawy jak ja.
– Dużo się o tobie wczoraj dowiedziałem – mówi. – Szkoda, że nie masz internetu. To wspaniałe miejsce do odkrywania nieznanych faktów o sobie.
Wybucham śmiechem.
– A kto powiedział, że chcę je znać?
Odchylam głowę do tyłu i dopijam kawę, po czym oddaję mu kubek. Patrzy na niego z niedowierzaniem, po czym odstawia go na moją ławkę.
– Cóż, i tak ci powiem – wzdycha. – Otóż dzięki śledztwu przeprowadzonemu na Facebooku dowiedziałem się, że w piątek stukałaś się z niejakim Danielem Wesleyem i wystraszyłaś się, że zaszłaś w ciążę. Z kolei w sobotę uprawiałaś seks z jakimś Graysonem, a potem go wykopałaś. Natomiast wczoraj... – Bębni palcami po brodzie. – Wczoraj po szkole widziano, jak biegasz z Deanem Holderem. Trochę mnie to zmartwiło, bo krążą plotki, że on nie przepada za mormonami.
Czasami cieszę się, że nie mam dostępu do internetu.
– No to po kolei... – mówię, przeglądając w myślach listę plotek na swój temat. – Nawet nie znam tego Daniela Wesleya. W sobotę Grayson rzeczywiście u mnie był, ale zdążył sobie tylko trochę pomacać, zanim wyrzuciłam go, bo był zalany. A wczoraj faktycznie biegałam z niejakim Holderem, ale w ogóle nie mam pojęcia, kto to. Akurat biegał w tym samym czasie co ja, a że mieszka niedaleko, więc... Oczywiście mam poczucie winy, że tak bagatelizuję to swoje bieganie z Holderem. Po prostu nie mogę go rozgryźć i nie mam pewności, czy jestem gotowa dzielić się wiedzą o nim z zaledwie dwadzieścia godzin temu poznanym Breckinem.
– Jeśli poczujesz się dzięki temu lepiej, dodam, że dowiedziałem się od jakiejś panienki o imieniu Shayna, że jestem obrzydliwie bogatym dziedzicem starej fortuny – dodaje. – To dobrze – śmieję się. – Przynajmniej bez problemu będziesz mi mógł co rano stawiać kawę.
Drzwi klasy otwierają się i oboje podnosimy wzrok. Do środka wchodzi Holder ubrany w białą koszulkę i ciemne dżinsy. Włosy ma świeżo umyte. Ledwo go zobaczyłam, powracają dawne objawy grypy żołądkowej lub motylki w brzuchu.
– O cholera – mruczę pod nosem. Holder tymczasem podchodzi do biurka pana Mulligana i kładzie na nim formularz zgłoszeniowy, po czym idzie na koniec klasy, nie przestając bawić się telefonem. Siada tuż przed Breckinem, ani razu na mnie nie patrząc. Wycisza komórkę, po czym wkłada ją do kieszeni.
Jestem w tak wielkim szoku, że nie odzywam się do niego ani słowem. Czyżby udało mi się sprawić, że zmienił zdanie i wrócił do szkoły? Sama nie wiem, czy cieszę się z tego, że go do tego nakłoniłam.
Pan Mulligan wchodzi do klasy, kładzie swoje rzeczy na biurku, po czym zapisuje na tablicy swoje nazwisko i datę. Zastanawiam się przez chwilę, czy na serio uważa, że od wczoraj zapomnieliśmy, jak się nazywa, czy po prostu chce nam w ten sposób zasygnalizować, że ma nas za bandę debili.
– Dean – mówi, wciąż zwrócony twarzą do tablicy, po czym odwraca się i przygląda Holderowi.
– Serdecznie witamy, mimo że spóźniłeś się o jeden dzień. Mam nadzieję, że w tym semestrze nie będziesz nam sprawiał kłopotów?
Szczęka mi opada, gdy słyszę tę protekcjonalną uwagę. Jeśli właśnie tak traktowano Holdera w tej szkole, nic dziwnego, że nie chciał do niej wracać. Do mnie przypieprzają się tylko inni uczniowie, nauczyciele na razie nie. Moim zdaniem niezależnie od tego, kim jest uczeń, nauczyciel nie powinien go traktować z góry. To powinna być pierwsza zasada tego zawodu. Zasada numer dwa: nigdy nie zapisuj po raz drugi swojego nazwiska na tablicy.
Holder poprawia się na krześle, po czym odpowiada nauczycielowi z równą złośliwością.
– A ja mam nadzieję, że nie powie pan już w tym semestrze niczego, co mogłoby mnie skłonić do sprawiania panu kłopotów.
No dobra, wygląda na to, że trafił swój na swego. Być może następnym razem powinnam nauczyć Holdera szacunku dla nauczycieli.
Pan Mulligan pochyla głowę i przeszywa Holdera gniewnym spojrzeniem znad oprawek okularów.
– Dean, bądź tak dobry i wyjdź na środek, żeby przedstawić się kolegom z klasy. Odkąd opuściłeś nas w zeszłym roku, pojawiło się tutaj kilka nowych twarzy.
Holder nie protestuje, choć dam głowę, że tego właśnie oczekiwał pan Mulligan. Zrywa się ochoczo z krzesła i idzie szybko na środek klasy. Ten nagły przejaw werwy sprawia, że nauczyciel cofa się o krok. Holder staje twarzą do nas. Nie ma w nim ani odrobiny zwątpienia czy braku pewności siebie.
– Zrobię to z prawdziwą przyjemnością – oznajmia, zerkając na pana Mulligana. – Nazywam się Dean Holder. Ludzie wołają na mnie Holder. – Przenosi wzrok z nauczyciela na klasę. – Chodzę tu od pierwszej klasy z wyjątkiem prawie rocznego urlopu naukowego. Jak już wspomniał pan Mulligan, lubię sprawiać kłopoty, więc powinno być wesoło.
Kilkoro uczniów śmieje się, ale ja nie widzę w tym nic zabawnego. Już wcześniej słyszałam o tym chłopaku nieciekawe rzeczy, teraz swoim zachowaniem wydaje się to wszystko potwierdzać. Otwiera usta, by ciągnąć dalej, ale w następnej chwili patrzy na mnie i się uśmiecha, po czym mruga do mnie porozumiewawczo. Mam ochotę schować się pod ławkę. Uśmiecham się do niego półgębkiem, po czym wbijam wzrok w podłogę, gdy inni uczniowie odwracają się, by zobaczyć, na kogo gapi się Holder.
Półtorej godziny temu rozstał się ze mną wkurzony. Teraz uśmiecha się do mnie, jakbym była jego najlepszą przyjaciółką, z którą od lat się nie widział.
No to chyba ma problem.
Breckin nachyla się do mnie.
– Co to, do cholery, było? – szepcze.
– Powiem ci na obiedzie – odpowiadam.
– Czy to już wszystkie mądrości, jakimi chciałeś się dziś z nami podzielić? – pyta Holdera pan Mulligan.
Chłopak kiwa głową, a potem wraca na miejsce, nie odrywając ode mnie wzroku. Siada i odwraca do mnie głowę. Pan Mulligan zaczyna lekcję i wszyscy przenoszą uwagę z powrotem na przód klasy. Wszyscy z wyjątkiem Holdera. Patrzę na książkę i otwieram ją na odpowiednim rozdziale, mając nadzieję, że zrobi to samo. Kiedy jednak podnoszę wzrok, okazuje się, że cały czas się na mnie gapi.
– Co? – szepczę, unosząc ręce.
Mruży oczy i przez chwilę patrzy na mnie w milczeniu.
– Nic – odpowiada w końcu. Odwraca się i otwiera książkę leżącą przed nim.
Breckin uderza ołówkiem o moje kłykcie i spogląda na mnie z zaciekawieniem, po czym wraca do lektury. Jeśli oczekuje ode mnie wyjaśnienia tego, co się właśnie zdarzyło, będzie rozczarowany, bo sama nie wiem.
W czasie zajęć kilka razy zdarza mi się spojrzeć w kierunku Holdera, ale ani razu nie odwraca się w moją stronę. Ledwo rozlega się dzwonek, Breckin zrywa się z krzesła i bębni palcami w moją ławkę.
– Ja i ty. Stołówka – mówi, unosząc brwi. Wychodzi z klasy, a ja przenoszę uwagę na Holdera.
Wpatruje się gniewnie w drzwi, przez które dopiero co wyszedł Breckin.
Zabieram swoje rzeczy i wychodzę, zanim Holder ma szansę rozpocząć rozmowę. Naprawdę się cieszę, że postanowił wrócić do szkoły, ale przeszkadza mi sposób, w jaki na mnie patrzy – zupełnie jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi. Nie chcę, żeby Breckin czy ktoś inny myślał, że pochwalam to, co robi Holder. Raczej nie będę się z nim zadawać. Choć coś mi mówi, że może to dla niego być problem.
Idę do swojej szafki i wyciągam książkę do angielskiego. Zastanawiam się, czy Shayna/Shayla przywita się ze mną. Pewnie nie, w końcu rozmawiałyśmy prawie dobę temu. Wątpię, czy ma wystarczająco dużo szarych komórek, żeby pamiętać wydarzenia sprzed tak dawna.
– Hej.
Zaciskam ze strachem powieki, nie chcąc go zobaczyć.
– Przyszedłeś. – Poprawiam książki w szafce, po czym odwracam się do niego. Uśmiecha się i opiera o szafkę obok.
– Super wyglądasz – mówi, przyglądając mi się z uznaniem. – Chociaż spocona też jesteś niczego sobie.
On też świetnie wygląda, ale nie zamierzam mu tego mówić.
– Przyszedłeś tu po to, żeby dalej mnie prześladować, czy naprawdę wróciłeś do szkoły?
Uśmiecha się figlarnie i bębni palcami o szafkę.
– Jedno i drugie.
Naprawdę muszę już skończyć z tymi żartami o prześladowaniu. Najgorsze jest to, że według mnie on naprawdę jest do tego zdolny.
Rozglądam się po pustoszejącym korytarzu.
– Muszę iść do klasy – mówię. – Witaj z powrotem.
Przypatruje mi się spod zmrużonych powiek, prawie jakby wyczuwał moje zakłopotanie.
– Dziwnie się zachowujesz – oznajmia.
Przewracam oczami. Niby skąd o tym wie? Przecież mnie nie zna. Patrzę na szafkę, próbując ukryć swoje prawdziwe przemyślenia, które tłumaczą, dlaczego zachowuję się „dziwnie”. Na przykład: czemu jego przeszłość nie przeraża mnie bardziej? Albo: dlaczego do tego stopnia nie panuje nad sobą, że w zeszłym roku pobił tego biednego chłopaka? I dlaczego chce ze mną biegać i o mnie wypytywał? Zamiast zadać głośno te pytania, wzruszam jedynie ramionami i chowam się za głupawym:
– Po prostu jestem zaskoczona, że cię tu widzę.
Potrząsa głową.
– Nie. To coś innego. Co jest nie tak?
Wzdycham i opieram się o swoją szafkę.
– Mam być z tobą szczera?
– O niczym innym nie marzę.
Zaciskam usta i kiwam głową.
– Dobrze – mówię, odwracając się do niego twarzą. – Nie zrozum mnie źle. Flirtujesz ze mną i sprawiasz wrażenie, jakbyś miał co do mnie zamiary, których nie chcę odwzajemniać. A poza tym jesteś... –Przerywam, szukając właściwego słowa.
– Jaki jestem? – pyta, wpatrując się we mnie z napięciem.
– Jesteś... impulsywny. Zbyt impulsywny. Humorzasty. I trochę przerażający. A do tego jest jeszcze coś – zawieszam głos. – Nie zrozum mnie źle – powtarzam.
– Co masz na myśli? – Mówi to tak, jakby doskonale wiedział, o co mi chodzi.
Wzdycham i opieram się plecami o szafkę, patrząc w podłogę.
– No wiesz... – mówię, nie chcąc poruszać kwestii jego przeszłości, skoro on tego nie robi.
Holder staje przede mną i opiera rękę na szafce obok mojej głowy, po czym pochyla się do mnie. Patrzymy sobie w oczy, nasze twarze znajdują się jakieś piętnaście centymetrów od siebie.
– Nie wiem, bo kluczysz, jakbyś bała się to powiedzieć. Po prostu to powiedz, i tyle.
Kiedy tak na niego patrzę, czuję się, jakbym została złapana w pułapkę, i ogarnia mnie taka sama panika jak po naszym pierwszym spotkaniu.
– Słyszałam o tym, co zrobiłeś – mówię ostro. – Wiem o tym chłopaku, którego pobiłeś. Wiem, że
wylądowałeś w poprawczaku. Wiem, że od kiedy się znamy, śmiertelnie mnie wystraszyłeś co najmniej trzy razy. I skoro już mamy być szczerzy, wiem też, że jeśli o mnie wypytywałeś, na pewno dowiedziałeś się, jaką mam reputację, i na pewno tylko dlatego w ogóle zawracasz sobie mną głowę.
Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale nie będę się z tobą pieprzyć. Nie chcę, żebyś myślał, że możesz liczyć na coś więcej. Biegamy razem. To wszystko.
Zaciska szczęki, ale poza tym wyraz jego twarzy się nie zmienia. Opuszcza rękę i cofa się o krok, dzięki czemu znów mogę swobodnie oddychać. Nie rozumiem, dlaczego za każdym razem, kiedy się do mnie zbliża, brakuje mi powietrza w płucach. A jeszcze mniej rozumiem, dlaczego mi się to podoba.
Przyciskam do piersi książki, chcąc go ominąć, kiedy nagle czyjaś ręka obejmuje mnie w pasie i odciąga od niego. Patrzę w bok i widzę Graysona. Mierzy Holdera wzrokiem i mnie przytula.
– Holder – mówi lodowatym tonem. – Nie wiedziałem, że wróciłeś.
Holder zdaje się go nie zauważać. Wpatruje się we mnie przez chwilę, po czym przenosi spojrzenie na rękę Graysona obejmującą mnie w pasie. Kiwa nieznacznie głową i uśmiecha się, zupełnie jakby nagle zdał sobie z czegoś sprawę, po czym znów spogląda mi w oczy.
– To prawda, wróciłem – odpowiada, nie patrząc na Graysona.
Co tu się, do diabła, dzieje? Skąd tu się wziął Grayson i dlaczego obejmuje mnie tak, jakby miał do mnie prawa?
Holder odrywa ode mnie wzrok i odwraca się, by odejść, ale nagle się rozmyśla. Znów patrzy na mnie.
– Kwalifikacje do drużyny lekkoatletycznej odbędą się w czwartek po szkole – mówi. – Przyjdź.
A potem odchodzi.
Grayson niestety nie.
– Masz czas w sobotę? – szepcze mi do ucha, przyciągając do siebie.
Odsuwam się i odwracam od niego głowę.
– Przestań – mówię wytrącona z równowagi. – Chyba wyraziłam się jasno w ostatni weekend.
Zatrzaskuję szafkę i odchodzę, zastanawiając się, jakim cudem przez całe życie udawało mi się unikać dramatycznych wydarzeń, a teraz ledwie w dwa dni zgromadziłam materiał na całą książkę.
*
– Nie mieli kawy, więc wziąłem coś innego z kofeiną.
Uśmiecham się.
– Dzięki, jesteś moim najlepsiejszym przyjacielem na całym bożym świecie.
– Nie dziękuj, miałem niecne intencje. Chcę cię tym przekupić, żebyś wtajemniczyła mnie w skandaliczne szczegóły swojego życia uczuciowego.
Wybucham śmiechem i otwieram colę.
– Muszę cię rozczarować, ale moje życie uczuciowe nie istnieje.
Otwiera swoją butelkę i uśmiecha się do mnie.
– Śmiem wątpić. Wystarczy tylko popatrzeć, jak niektórzy się na ciebie gapią.
Kiwa głową na prawo.
Trzy stoliki od nas siedzi Holder. Rzeczywiście nie odrywa ode mnie oczu. Przy jego stoliku siedzą kumple z drużyny futbolowej, którzy wydają się nie posiadać z radości, że go odzyskali.
Poklepują go po plecach i zagadują, nie zauważając, że jest zajęty czymś innym. Pije łyk wody, patrząc mi w oczy. Odstawia butelkę na stolik nieco zbyt gwałtownie, po czym kiwa głową w prawo i wstaje. Patrzę w kierunku, który wskazał, i widzę wyjście ze stołówki. Idzie tam, spodziewając się, że pójdę za nim.
– Taaa, jasne – mówię bardziej do siebie niż do Breckina.
– No właśnie, że jasne. Sprawdź, czego od ciebie chce, a potem wróć tutaj i zdaj mi relację.
Piję kolejny łyk coli, po czym stawiam butelkę na stoliku.
– Tak jest.
Moje ciało wstaje, by iść za Holderem, ale serce zostaje przy stole. Jestem pewna, że wyskoczyło mi z piersi, gdy tylko pokazał, żebym szła za nim. Przed Breckinem robię dobrą minę do złej gry, w rzeczywistości jednak w ogóle nie panuję nad sobą.
Holder idzie kilka kroków przede mną. Drzwi wahadłowe zamykają się za nim. Kładę na nich rękę i zastanawiam się chwilę przed wyjściem na korytarz. Chyba wolałabym zostać za karę w kozie, niż z nim gadać. Żołądek mam związany w tyle węzłów, że nie powstydziłby się ich żaden żeglarz.
Patrzę w obie strony, ale go nie widzę. Robię kilka kroków i docieram do szafek, po czym skręcam za róg. Stoi oparty plecami o jedną z nich. Nogę zgiął w kolanie, stopę opiera o szafkę, ręce ma skrzyżowane na piersi i patrzy prosto na mnie. Jego błękitne oczy błyszczą z wściekłości.
– Chodzisz z Graysonem? – pyta.
Przewracam oczami, po czym podchodzę do szafki naprzeciwko i opieram się o nią. Mam już dosyć tych jego humorów, a przecież dopiero co go poznałam.
– Czy to ważne?
Jestem ciekawa, czemu tak się tym interesuje. Milczy przez chwilę. Zauważyłam, że robi to prawie zawsze, zanim coś powie.
– To palant.
– Ty też czasami nim jesteś – mówię szybko, nie potrzebując tak dużo czasu na odpowiedź jak on.
– On nie jest ciebie wart.
Wybucham śmiechem.
– W przeciwieństwie do ciebie, co? – pytam. Gdyby to były zawody, byłoby już dwa zero dla mnie.
Zwiesza ramiona, odwraca się twarzą do szafki i uderza w nią dłonią. Metaliczny huk wypełnia korytarz.
– Nie chodzi o mnie – mówi, odwracając się w moją stronę. – Mówimy teraz o Graysonie. Nie
powinnaś się z nim spotykać. Nie masz pojęcia, co to za złamas.
Zaczynam się śmiać. Nie dlatego, że powiedział coś śmiesznego, ale dlatego, że mówi poważnie. Gość, którego ledwie znam, śmie mi dyktować, z kim mogę się umawiać? Unoszę ręce w geście rozpaczy.
– Dwa dni, Holder, Znamy się zaledwie od dwóch dni. – Podchodzę do niego. – Przez te dwa dni
widziałam twoich pięć różnych wcieleń i tylko jedno z nich mi się podobało. Nie masz prawa wypowiadać się ani o mnie, ani o moich decyzjach. To po prostu śmieszne.
Holder rusza szczękami, wpatrując się we mnie. Ręce znów ma skrzyżowane na piersiach.
Podchodzi do mnie. Jego wzrok jest tak twardy i zimny, że zaczynam myśleć, że to jego szóste wcielenie, jeszcze bardziej wściekłe i zaborcze.
– Zrozum, najpierw widzę to – delikatnie przesuwa palcem pod moim limem – a potem obejmuje cię ten dupek. Co mam myśleć? Przepraszam, jeśli wydaje ci się to śmieszne.
Dotyk jego palców pozbawia mnie tchu. Ostatkiem sił udaje mi się nie przymknąć oczu z rozkoszy i nie wtulić twarzy w jego dłoń. Muszę się jakoś uodpornić na tego chłopaka. Postaram się. To mój nowy cel.
Odsuwam się od niego. Zaciska palce w pięść i opuszcza rękę.
– Twoim zdaniem powinnam się trzymać z dala od Graysona ze względu na jego wybuchy złości?
– Przechylam głowę i wpatruję się w niego, mrużąc oczy. – To lekka hipokryzja z twojej strony, nie uważasz?
Przez jakiś czas patrzy na mnie bez słowa. Potem wzdycha i prawie niedostrzegalnie przewraca oczami. Potrząsa głową, po czym zerka w bok. Następnie wolno odwraca się do mnie, tym razem unikając mojego wzroku. Raz jeszcze krzyżuje ramiona na piersi i wbija spojrzenie w podłogę.
– Czy on cię uderzył? – pyta beznamiętnie. Dalej ma opuszczoną głowę, lecz tym razem patrzy na mnie. – Czy kiedykolwiek podniósł na ciebie rękę?
Znów próbuje sterować moimi emocjami, raptownie zmieniając swoje zachowanie.
– Nie – odpowiadam cicho. – Nigdy. Mówiłam ci już... To był wypadek.
Patrzymy na siebie w całkowitej ciszy, aż wreszcie rozlega się dzwonek i korytarz wypełnia się uczniami. To ja pierwsza odrywam od niego wzrok. Wracam do stołówki, nie oglądając się za siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz