Kiedy wracam Aspen Road, kłuje mnie w piersiach, a ciało drętwieje. Oddech zmienił się z kontrolowanych wdechów i wydechów w niekontrolowane posapywanie. Zwykle to właśnie ten moment najbardziej lubię. Tę chwilę, kiedy każda cząstka ciała zamienia się w paliwo pchające mnie naprzód i jestem całkowicie skupiona na następnym kroku i niczym więcej.
Następny krok.
Nic poza tym.
Nigdy jeszcze nie pobiegłam tak daleko. Zwykle zatrzymuję się po pokonaniu dwóch i pół kilometra kilka przecznic wcześniej, ale nie tym razem. Mimo zmęczenia wciąż nie mogę oczyścić myśli. Biegnę dalej, mając nadzieję, że wreszcie mi się to uda, ale zajmuje to więcej czasu niż zwykle. Jedyną rzeczą, która mnie powstrzymuje, jest fakt, że im dalej pobiegnę, tym większy będę miała dystans do pokonania z powrotem, oraz to, że już prawie skończyła mi się woda.
Zatrzymuję się na końcu czyjegoś podjazdu i opierając się o skrzynkę pocztową, otwieram butelkę z wodą. Ocieram pot z czoła i unoszę butelkę do ust. Wszystko, na co mogę liczyć, to ostatnie cztery krople. Przez ten teksański skwar opróżniłam już całą butelkę. Jestem wściekła na siebie, że nie pobiegłam rano. Zaraz się tu rozpuszczę.
Bojąc się odwodnienia, postanawiam, że drogę powrotną pokonam spokojnym krokiem. Coś nie wydaje mi się, żeby moja śmierć ze zmęczenia za bardzo uszczęśliwiła Karen. I tak już siędenerwuje, że biegam sama.
Zaczynam iść, kiedy nagle słyszę za sobą znajomy głos.
– Hej.
Jakby moje serce nie biło już szybko i bez tego! Wolno odwracam się i widzę Holdera. Patrzy na mnie z uśmiechem, a przy kącikach ust znów tworzą mu się dołeczki. Włosy ma mokre od potu – najwyraźniej również biegał.
Mrugam powiekami, myśląc przez chwilę, że to przywidzenie wywołane wyczerpaniem. Instynkt każe mi uciekać z krzykiem, ale ciało pragnie wtulić się w jego lśniące od potu ramiona. Moje ciało to pieprzony zdrajca.
Na szczęście urywany oddech mogę zwalić na karb forsownego biegu, a nie tego, że znów go zobaczyłam. I to tylko w szortach i adidasach.
– Cześć – odpowiadam, ciężko dysząc. Ze wszystkich sił staram się patrzeć mu w oczy, ale nie mogę nic poradzić na to, że wzrok ześlizguje mi się niżej. W końcu wbijam oczy w ziemię. Szorty tak seksownie opinają mu biodra, że zapominam natychmiast o wszystkim, czego się o nim dzisiaj dowiedziałam. Nigdy nie byłam dziewczyną, dla której wygląd faceta miałby kluczowe znaczenie.
Czuję się taka płytka. To żałosne. Wręcz idiotyczne. Jestem trochę zła na siebie, że dałam się tak podejść.
– Biegasz? – pyta tymczasem on, opierając się łokciem o skrzynkę pocztową.
Kiwam głową.
– Zwykle rano. Zapomniałam, jak gorąco bywa popołudniami.
Usiłuję na niego spojrzeć, osłaniając dłonią oczy przed słońcem, którego promienie tworzą nad jego głową aureolę.
Cóż za ironia losu.
Wyciąga rękę, a ja wzdrygam się, po czym zdaję sobie sprawę z tego, że podaje mi butelkę wody.
To, że zaciska wargi, by powstrzymać uśmiech, dowodzi, że widzi, jak się denerwuję w jego obecności.
– Napij się. – Podaje mi do połowy pustą butelkę. – Wyglądasz na wyczerpaną.
W normalnych okolicznościach nie przyjmuję wody od obcych. Zwłaszcza od obcych, na których temat nie usłyszałam nic dobrego. Jestem jednak strasznie spragniona. Spragniona jak cholera.
Biorę od niego butelkę, odchylam do tyłu głowę i piję trzy duże łyki. Z chęcią opróżniłabym ją do reszty, ale nie chcę go pozbawiać zapasów.
– Dzięki – mówię, oddając mu butelkę. Wycieram dłonią usta i oglądam się za siebie. – Mam przed sobą dwa i pół kilometra, więc lepiej już pójdę.
– Raczej cztery – prostuje, wędrując wzrokiem do mojego brzucha. Nie zawracając sobie głowy wytarciem butelki, przyciska ją do ust, po czym, nie spuszczając ze mnie wzroku, odchyla głowę do tyłu i wypija do dna. Nie mogę się powstrzymać od patrzenia na jego usta dotykające butelki, której przed chwilą dotykały moje usta. To tak, jakbyśmy się pocałowali.
Potrząsam głową.
– Co?
Nie jestem pewna, czy coś powiedział, czy mi się tylko wydawało. Jestem zbyt pochłonięta patrzeniem na kropelki potu spływające po jego piersi.
– Powiedziałem, że raczej cztery kilometry. Mieszkasz przy Conroe, a to jakieś cztery kilometry stąd. W sumie daje to około ośmiu kilometrów w obie strony. – Wypowiada te słowa z wyraźnym podziwem.
Przyglądam mu się z zaciekawieniem.
– Wiesz, gdzie mieszkam?
– Tak.
Nie rozwija tematu. Nie odrywam od niego wzroku i milczę, czekając na wyjaśnienia.
Widząc, że nie jestem usatysfakcjonowana tym jego „tak”, wzdycha i mówi:
– Linden Sky Davis, urodzona 29 września, zamieszkała przy Conroe Street 1455. Metr
sześćdziesiąt wzrostu. Zgoda na pobranie organów.
Odsuwam się od niego o krok, w mojej głowie pojawia się bowiem straszliwe podejrzenie, że w najbliższej przyszłości czeka mnie śmierć z rąk przystojnego prześladowcy. Zastanawiam się, czy nie przestać osłaniać oczu rękę, żeby lepiej mu się przyjrzeć przed ucieczką. Ułatwi to policji sporządzenie portretu pamięciowego.
– To wszystko masz w prawie jazdy – wyjaśnia, widząc na mojej twarzy mieszankę strachu i konsternacji. – Pamiętasz? Pokazywałaś mi je przed sklepem.
To wyjaśnienie jakoś mnie nie przekonuje.
– Patrzyłeś na nie jakieś dwie sekundy.
Wzrusza ramionami.
– Mam dobrą pamięć.
– Śledzisz mnie – mówię śmiertelnie poważnie.
Wybucha śmiechem.
– Ja ciebie śledzę? To ty stoisz przed moim domem. – Pokazuje ręką budynek za sobą.
To jego dom? No bez jaj.
Prostuje się i bębni palcami o litery na skrzynce pocztowej.
Holderowie.
Czuję, że się rumienię, ale to bez znaczenia. Po forsownym biegu w teksańskim popołudniowym skwarze na pewno całe moje ciało jest czerwone. Próbuję nie gapić się na ten dom, jednak ciekawość zwycięża. Jest skromny, na pewno niczym się nie wyróżnia. Pasuje do średniozamożnej dzielnicy, w której się znajdujemy. Podobnie jak samochód, który stoi na podjeździe. Zastanawiam się, czy to jego auto. Z rozmowy, którą prowadził w sklepie z Tą Jak Jej Tam, wynikało, że jest w moim wieku, więc na pewno mieszka z rodzicami. Ale jakim cudem nigdy go nie widziałam? Nie mam pojęcia, jak mogłam dotąd nie wiedzieć, że mieszkam zaledwie cztery kilometry od jedynego chłopaka na świecie, który potrafi przyprawić mnie o zawrót głowy.
Chrząkam.
– Dzięki za wodę – mówię. Mogę myśleć tylko o tym, jak najszybciej przerwać tę niezręczną
sytuację. Macham mu na pożegnanie i ruszam przed siebie.
– Zaczekaj! – krzyczy za mną. A ponieważ nie zwalniam, wyprzedza mnie, po czym odwraca się i zaczyna biec tyłem. – Naleję ci trochę wody.
Wyjmuje mi butelkę z lewej dłoni, muskając przy tym mój brzuch. Zamieram.
– Zaraz wracam – mówi, po czym rusza biegiem do domu.
Nie wiem, co o tym myśleć. Zupełnie nie spodziewałam się po kimś takim jak on aż takiej
uprzejmości. Może cierpi na rozdwojenie jaźni? Albo jest mutantem, jak Hulk? Lub kimś takim jak doktor Jekyll i pan Hyde? Zastanawiam się, czy Dean nie jest jego miłym wcieleniem, a Holder tym przerażającym. A jeśli tak, to w sklepie z pewnością spotkałam Holdera. Dean podoba mi się o wiele bardziej.
Niezręcznie mi tam stać, więc zaczynam iść w stronę jego podjazdu, zatrzymując się co chwilę, żeby popatrzeć na ulicę prowadzącą do mojego domu. Nie mam pojęcia, co robić. Wydaje mi się, że każda decyzja, jaką podejmę w tej chwili, będzie należeć do tych głupich.
Czy powinnam tu poczekać?
Czy też raczej uciec?
A może ukryć się w krzakach, zanim ten świr wróci z kajdankami i nożem?
Zanim udaje mi się uciec, drzwi się otwierają i Holder wychodzi z butelką wody. Tym razem słońce mam za plecami, więc bez trudu mogę na niego patrzeć. To jednak wcale nie jest takie dobre, bo nie mam ochoty robić nic więcej.
Ech, nienawidzę tego pożądania.
Nienawidzę. Go.
Każda cząstka mojej duszy wie, że Holder nie jest dobrym człowiekiem, ale moje ciało o to nie dba.
Podaje mi butelkę i szybko piję kolejny łyk. Teksański skwar sam w sobie jest nie do zniesienia; w połączeniu z Deanem Holderem to przedsionek piekła.
– Tam... wtedy... przed sklepem... – jąka się. – Przepraszam, jeśli cię zdenerwowałem.
Płuca błagają o choćby odrobinę powietrza, ale jakoś udaje mi się odpowiedzieć:
– Wcale mnie nie zdenerwowałeś.
Po czym dodaję w myślach: ty mnie przeraziłeś.
Holder wpatruje się we mnie badawczo przez chwilę. Odkryłam dzisiaj, że nie lubię, gdy ktoś mnie tak bada wzrokiem. Wolę pozostawać niezauważona.
– Nie próbowałem się też do ciebie przystawiać – kontynuuje tymczasem. – Po prostu wziąłem cię za kogoś innego.
– Nie ma sprawy – odpowiadam, choć wcale tak nie uważam. Dlaczego nagle poczułam
rozczarowanie, że nie próbował mnie poderwać? Powinnam się cieszyć.
– Nie żebym nie miał na to ochoty – dodaje Holder z uśmiechem. – Po prostu nie podrywałem cię akurat wtedy.
Dzięki ci, Jezu. To wyjaśnienie sprawia, że mimo woli na mojej twarzy pojawia się uśmiech.
– Pobiegać z tobą? – pyta, wskazując głową na chodnik za mną.
Tak, proszę, mówię w myślach.
– Nie, nie trzeba.
Kiwa głową.
– I tak idę w tym kierunku. Biegam dwa razy dziennie i mam trochę... – Przerywa w połowie zdania i podchodzi szybko do mnie. Ujmuje palcami moją brodę i odchyla głowę. – Kto ci to zrobił? – pyta. Na jego twarzy pojawia się ten sam grymas niezadowolenia, który widziałam w sklepie.
– Wcześniej nie miałaś tej śliwy pod okiem.
Odsuwam się i wybucham śmiechem.
– To był wypadek. Pamiętaj: nigdy nie przerywaj dziewczynie drzemki.
Wcale się nie śmieje. Zamiast tego znów podchodzi do mnie i delikatnie dotyka kciukiem skóry pod moim okiem.
– Gdyby ktoś ci to zrobił specjalnie, powiedziałabyś, prawda?
Chcę odpowiedzieć, ale nie mogę. Przecież on dotyka mojej twarzy. Jego dłoń spoczywa na moim policzku. Nie mogę myśleć, mówić, nawet oddychać. Jego zniewalający urok pozbawia mnie tchu i sił. Kiwam tylko głową nieprzekonująco, a on marszczy brwi, po czym cofa rękę.
– Pobiegnę z tobą – oznajmia. Kładzie ręce na moich ramionach, później odwraca mnie
i delikatnie popycha. Zrównuje się ze mną i zaczynamy w milczeniu biec.
Chcę z nim pogadać. Chcę zapytać o rok w poprawczaku, o to, dlaczego rzucił szkołę i czemu ma ten tatuaż... ale boję się poznać odpowiedzi. Nie mówiąc już o tym, że nie mogę złapać tchu. Dlatego też całą drogę do mojego domu pokonujemy w całkowitym milczeniu.
Kiedy jesteśmy już w pobliżu mojego podjazdu, oboje zaczynamy iść. Nie mam pojęcia, jak to zakończyć. Nikt nigdy ze mną nie biegał, więc nie wiem, co nakazuje zrobić biegowa etykieta, kiedy dwóch biegaczy ma się rozdzielić. Odwracam się i po prostu do niego macham.
– Pewnie się jeszcze spotkamy? – pytam niepewnie.
– Oczywiście – odpowiada, patrząc mi przeciągle w oczy.
Uśmiecham się do niego z zażenowaniem, po czym odwracam się. Oczywiście. To słowo
dźwięczy mi w głowie, kiedy idę podjazdem do domu. Co on chciał przez to powiedzieć? Nawet nie zapytał mnie o numer komórki (nie żebym ją miała). Nie zapytał też, czy chcę jeszcze z nim biegać.
Powiedział za to „oczywiście”, jakby był święcie przekonany, że się jeszcze spotkamy; cóż, mam nadzieję, że wie, co mówi.
– Sky, zaczekaj. – Kiedy słyszę, jak wypowiada moje imię, żałuję, że nie jest to jedyne słowo, jakie zna. Odwracam się i modlę w duchu, żeby znów wyskoczył z jakąś tandetną próbą podrywu.
Tym razem poddałabym się bez zastrzeżeń.
– Zrobisz coś dla mnie?
Tak długo, jak jesteś bez koszulki, zrobię wszystko, co tylko chcesz.
– Tak?
Rzuca mi butelkę. Kiedy ją łapię, okazuje się pusta. Mam wyrzuty sumienia, że sama o tym nie pomyślałam. Potrząsam nią i kiwam głową, po czym wbiegam po schodach do domu. Kiedy wchodzę do kuchni, Karen właśnie napełnia zmywarkę brudnymi naczyniami. Gdy tylko zamykają się za mną drzwi, wciągam łapczywie powietrze, o które błagały moje płuca.
– Jezu, Sky. Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zemdleć. Usiądź.
Karen wyciąga mi butelkę z rąk i popycha mnie na krzesło. Ciężko dysząc, pozwalam, żeby ją napełniła. Odwraca się i mi ją podaje, a ja ją zakręcam, po czym wstaję i wybiegam na dwór.
– Dzięki – mówi Holder, gdy podaję mu butelkę. Stoję i patrzę, jak przyciska ją znów do tych swoich wydatnych warg.
Ponownie mam uczucie, że właściwie się całujemy.
Trudno mi orzec, czy czuję się tak, jak się czuję, z powodu pokonania ośmiu kilometrów czy raczej z powodu jego bliskości. Tak czy owak brak tlenu sprawia, że jestem bliska omdlenia. Holder zakręca butelkę i sunie oczami po moim ciele, zatrzymując się nieco zbyt długo na nagim brzuchu, po czym spogląda mi w oczy.
– Biegasz na bieżni? – pyta.
Zasłaniam brzuch lewą ręką i splatam dłonie na biodrze.
– Nie. Ale zastanawiam się, czy nie spróbować.
– Powinnaś. Masz warunki. Przebiegłaś osiem kilometrów, a jesteś tylko trochę zdyszana. Jesteś w ostatniej klasie?
Nie ma pojęcia, jak wiele wysiłku kosztuje mnie powstrzymanie się przed osunięciem się
z rzężeniem na chodnik. Nigdy jeszcze nie przebiegłam tak długiego dystansu za jednym zamachem.
Ze wszystkich sił staram się udawać, że to dla mnie łatwizna. Najwyraźniej mi się udaje.
– To jeszcze nie wiesz, do której klasy chodzę? Chyba nie jesteś aż tak dobrym stalkerem, jak myślałam.
Udaje mi się go rozbawić. Widząc dołeczki w jego policzkach, gratuluję sobie w duchu.
– Wcale nie tak łatwo cię wyśledzić – mówi. – Nie ma cię nawet na fejsie.
Właśnie przyznał się, że szukał mnie na Facebooku. Poznaliśmy się niecałe dwie godziny temu, więc fakt, że od razu zaczął mnie tam szukać, trochę mi schlebia. Uśmiecham się mimo woli. Diabli mnie jednak biorą, gdy słyszę tę żałośnie usprawiedliwiającą się panienkę, która pokonała prawdziwą mnie.
– Nie mam konta na fejsie – wyjaśniam. – Ani dostępu do internetu.
Przygląda mi się uważnie i uśmiecha, jakby mi nie wierzył. Odgarnia włosy z czoła.
– A komórka? Nie masz netu w komórce?
– Komórki też nie mam. Moja matka nie jest fanką nowoczesnej techniki. Nawet telewizora nie mamy.
– O kurde – śmieje się. – Mówisz serio? To co robisz, kiedy chcesz się rozerwać?
Również się śmieję i wzruszam ramionami.
– Biegam.
Holder znów mi się przypatruje, zerkając na mój brzuch. Od teraz dwa razy się zastanowię, zanim zacznę biegać w biustonoszu sportowym.
– W takim razie czy możesz mi powiedzieć, o której zwykle rano biegasz?
Kiedy na mnie patrzy, w ogóle nie widzę w nim tej osoby, którą opisywała mi Six. Widzę tylko flirtującego z dziewczyną chłopaka o uwodzicielskim błysku w oczach.
– Nie jestem pewna, czy chciałbyś się zrywać tak wcześnie – odpowiadam.
To, jak na mnie patrzy, w połączeniu ze skwarem Teksasu sprawia, że nagle robi mi się ciemno przed oczami, więc wciągam głęboko powietrze, nie chcąc, żeby wydało się, jak bardzo jestem wyczerpana i zdenerwowana.
Pochyla głowę w moją stronę, mrużąc oczy.
– Nie masz pojęcia, jak bardzo chcę wstać tak wcześnie.
Obdarza mnie olśniewającym uśmiechem, a mnie ciemnieje przed oczami.
Dosłownie. Po prostu mdleję.
Sądząc po bólu ramienia, a także po brudzie i żwirze przyklejonym do policzka, to nie był piękny, pełen wdzięku upadek. Straciłam przytomność i przydzwoniłam w chodnik, zanim Holder zdążył mnie złapać. Zupełnie inaczej niż bohaterki romansów.
Leżę na kanapie, gdzie zapewne położył mnie po wniesieniu do domu. Karen stoi nade mną ze szklanką wody, a Holder tuż za nią. Oboje wypatrują następstw najbardziej żenującej chwili mojego życia.
– Napij się wody, Sky. – Karen unosi mi głowę do kubka. Piję łyk, po czym opadam na poduszkę i zamykam oczy, marząc tylko o tym, żeby znów stracić przytomność.
– Przyłożę ci kompres – mówi Karen i wychodzi. Otwieram oczy, mając nadzieję, że Holder również wyszedł, ale okazuje się, że wciąż tutaj jest, a nawet się do mnie przybliżył. Klęka przy mnie i wyciąga z moich włosów grudkę ziemi, a może kamyk.
– Na pewno dobrze się czujesz? To był naprawdę groźny upadek.
Sprawia wrażenie zmartwionego. Kciukiem ściera mi coś z policzka, po czym opiera dłoń na kanapie tuż przy mnie.
– Jezu... – wzdycham, zasłaniając ręką oczy. – Przepraszam. Tak mi wstyd...
Chwyta mnie za przegub i odciąga rękę.
– Ciii... – mówi. Zmartwiony wyraz znika z jego twarzy, gdy uśmiecha się żartobliwie. –
Właściwie to trochę się z tego cieszę.
Do salonu wraca Karen.
– Proszę, oto kompres, skarbie. Chcesz coś przeciwbólowego? Nie masz czasami mdłości?
Zamiast podać mi szmatkę, wręcza ją Holderowi, po czym znów wychodzi do kuchni.
– Powinnam mieć tu gdzieś nagietek albo korzeń łopianu.
Super. Jakbym już nie była wystarczająco zawstydzona, to jeszcze zmusi mnie do picia swoich domowych nalewek.
– Nic mi nie jest, mamo. Nic mnie nie boli.
Holder delikatnie przykłada szmatkę do mojego policzka i go wyciera.
– Może teraz cię nic nie boli, ale za jakiś czas to się może zmienić – mówi tak cicho, że Karen nie ma szans, żeby go usłyszeć. Odrywa wzrok od mojego policzka i patrzy mi w oczy. – Na wszelki wypadek powinnaś coś wziąć.
Nie mam pojęcia, dlaczego ta propozycja brzmi o wiele bardziej pociągająco niż wtedy, gdy wypowiadała ją Karen. Kiwam głową. Przełykam ślinę. Wstrzymuję oddech. Zaciskam mocno uda.
I próbuję usiąść, ponieważ boję się, że jeśli będę leżeć choć chwilę dłużej, a on dalej będzie pochylał się nade mną, znowu zemdleję.
Bierze mnie za łokieć i pomaga usiąść. Karen wraca do salonu i podaje mi szklankę z sokiem pomarańczowym. Jej nalewki są tak gorzkie, że musi dolewać do nich soku, żebym ich nie wypluła.
Wypijam zawartość szklanki szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, po czym oddaję jej naczynie. Chcę tylko, żeby sobie stąd poszła.
– Przepraszam – mówi, wyciągając rękę do Holdera. – Karen Davis.
Chłopak wstaje i ściska jej rękę.
– Dean Holder. Dla przyjaciół po prostu Holder.
Zazdroszczę jej, że dotknęła jego ręki. Mam ochotę wziąć numerek i stanąć w kolejce.
– Skąd się znacie ze Sky? – pyta.
Chłopak patrzy na mnie w tej samej chwili, kiedy ja spoglądam na niego. Uśmiecha się prawie niedostrzegalnie.
– Właściwie to się nie znamy – odpowiada, zerkając na Karen. – Po prostu biegałem w okolicy.
– W takim razie dziękuję za pomoc. Nie wiem, czemu zemdlała. Nigdy jej się to nie zdarzało. – Zerka na mnie. – Jadłaś w ogóle coś dzisiaj?
– Trochę kurczaka na obiad – mówię, nie przyznając się do snickersa, którego wtrząchnęłam przed bieganiem. – To stołówkowe żarcie jest do dupy.
Przewraca oczami i unosi dramatycznie ręce.
– Dlaczego nic nie zjadłaś, zanim poszłaś biegać?
Wzruszam ramionami.
– Zapomniałam. Zwykle biegam rano.
Karen wzdycha ciężko i zanosi szklankę do kuchni.
– Nie chcę już, żebyś biegała, Sky. Co by się stało, gdybyś była sama? Poza tym za bardzo się forsujesz.
Chyba żartuje. Nie ma mowy, żebym przestała biegać.
Widząc moją nietęgą minę, Holder patrzy w kierunku kuchni i mówi:
– Wie pani co? Mieszkam przy Ricker i biegam tu codziennie popołudniami. (Łże jak pies.
Zauważyłabym go). Jeśli to panią uspokoi, mogę przez jakiś tydzień pobiegać rano z pani córką.
Zwykle biegam na szkolnej bieżni, ale nie ma sprawy, mogę to zmienić. Dzięki temu będzie pani pewna, że nic złego jej się nie stanie.
No tak. Nic dziwnego, że ten kaloryfer na jego brzuchu wydał mi się znajomy.
Karen wchodzi do salonu, po czym patrzy na mnie, a potem na niego. Wie dobrze, ile radości daje mi moje samotne bieganie, ale widzę, że czułaby się lepiej, gdybym biegała z kimś.
– Podoba mi się ten pomysł – mówi, patrząc na mnie. – O ile Sky nie ma nic przeciwko temu.
Nie mam. Ale pod warunkiem, że mój nowy partner będzie biegał bez koszulki.
– Niech będzie – mówię. Wstaję, zaczyna mi się jednak kręcić w głowie. Chyba musiałam nagle zblednąć, bo Holder kładzie mi rękę na ramieniu i kieruje mnie z powrotem na kanapę.
– Spokojnie – mówi, po czym patrzy na Karen. – Ma pani może krakersy? Powinny pomóc.
Karen znów wychodzi do kuchni, a chłopak spogląda na mnie ze zmartwioną miną.
– Na pewno dobrze się czujesz?
Muska kciukiem mój policzek.
Drżę.
Kiedy usiłuję ukryć gęsią skórkę na ramionach, na jego twarzy pojawia się szatański uśmieszek.
Patrzy na Karen krzątającą się w kuchni, a potem z powrotem przenosi wzrok na mnie.
– O której jutro mam zacząć cię prześladować? – szepcze.
– O wpół do siódmej? – odszeptuję, spoglądając na niego bezradnie.
– Niech będzie.
– Holder, nie musisz tego robić.
Przez kilka chwil wpatruje się we mnie hipnotyzującym spojrzeniem swoich błękitnych oczu.
Kiedy w końcu się odzywa, nie jestem w stanie oderwać wzroku od jego równie hipnotyzujących ust.
– Ale ja chcę z tobą biegać.
Przypatruje mi się badawczo. Mam taki mętlik w głowie, że nie udaje mi się odpowiedzieć.
Pojawia się Karen z krakersami.
– Jedz – mówi, wciskając mi je do ręki.
Holder wstaje i żegna się z Karen, a potem odwraca się do mnie.
– Uważaj na siebie. Do zobaczenia jutro rano, tak?
Kiwam głową i patrzę, jak wychodzi. Potem przez dłuższą chwilę nie odrywam oczu od drzwi.
Do reszty straciłam panowanie nad sobą. Czy właśnie to Six tak bardzo uwielbia? Czy to jest pożądanie?
Nie cierpię tego. Nienawidzę tego pięknego, magicznego uczucia.
– Jest całkiem miły – odzywa się Karen. – I przystojny. – Odwraca się do mnie. – Naprawdę go nie znasz?
Wzruszam ramionami.
– Tylko ze słyszenia – odpowiadam. Nie wdaję się w szczegóły. Gdyby się dowiedziała, jakiego beznadziejnego chłopaka właśnie zaakceptowała jako partnera do biegania swojej córki, wpadłaby w szał. Im mniej wie o Deanie Holderze, tym lepiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz