Na szczęście od jakiegoś roku mam samochód, więc nie jestem od nikogo zależna. Docieram do szkoły czterdzieści pięć minut przed czasem. Mój samochód jest trzecim wozem na parkingu, więc przynajmniej nie mam kłopotu ze znalezieniem miejsca postojowego.
Wykorzystuję ten czas, by obejrzeć pobliskie boiska. Jeśli będę ubiegać się o miejsce w drużynie lekkoatletycznej, powinnam przynajmniej wiedzieć, dokąd iść. Poza tym nie zamierzam tkwić w samochodzie przez następne pół godziny i liczyć minut do początku zajęć.
Kiedy dochodzę do bieżni, dostrzegam biegającego po niej faceta. Wchodzę więc na trybunę.
Siadam na samej górze i rozglądam się dookoła. Widzę stąd całą szkołę. Nie wygląda na aż tak wielką ani nie budzi grozy, jak sobie wyobrażałam. Six narysowała mi mapkę i nawet napisała kilka rad. Wyjmuję kartkę z plecaka i przyglądam się jej pierwszy raz. Podejrzewam, że Six chciała mi w ten sposób zrekompensować swoją nieobecność, ponieważ czuje wyrzuty sumienia.
Patrzę na teren szkoły, a potem na mapę. Wygląda to dość przejrzyście. Klasy w budynku po prawej. Stołówka po lewej. Bieżnia i boisko za salą gimnastyczną.
Potem zaczynam czytać długaśną listę wskazówek przyjaciółki.
– Nigdy nie korzystaj z łazienki obok pracowni chemiczno-fizycznej. Nigdy, przenigdy.
– Noś plecak na jednym ramieniu. Nigdy na obu. To straszna żenada.
– Zawsze sprawdzaj datę przydatności do spożycia na mleku.
– Zakumpluj się z konserwatorem Stewartem. Dobrze mieć go po swojej stronie.
– Stołówka szkolna – unikaj jej za wszelką cenę, ale jeśli już ci się zdarzy do niej wejść,
udawaj, że wiesz, co robisz. Oni wyczuwają strach.
– Jeśli będziesz mieć matmę z panem Declare’em, zaszyj się gdzieś z tyłu i unikaj kontaktu
wzrokowego. Kocha uczennice, jeśli wiesz, co mam na myśli. Albo, jeszcze lepiej, usiądź
z przodu. Szóstkę masz murowaną.
Lista jest dłuższa, ale nie jestem w stanie czytać dalej. Nie mogę się oderwać od zdania: „Oni wyczuwają strach”. W takich chwilach jak ta żałuję, że nie mam komórki. Zadzwoniłabym do Six z prośbą o wyjaśnienie. Składam kartkę i wrzucam ją do plecaka, po czym przenoszę uwagę na samotnego biegacza. Robi ćwiczenia rozciągające, siedząc na bieżni plecami do mnie. Nie mam pojęcia, czy to uczeń, czy wuefista, ale gdyby Grayson zobaczył tego gościa bez koszulki, pewnie nie byłby tak wyrywny, żeby chwalić się swoim kaloryferem.
Po chwili facet wstaje i podchodzi do trybuny, w ogóle na mnie nie patrząc. Wychodzi przez furtkę i zatrzymuje się przed jednym z samochodów na parkingu. Otwiera drzwi i bierze z przedniego siedzenia koszulkę, po czym wkłada ją przez głowę. Następnie wsiada do wozu i odjeżdża.
Tymczasem parking zaczyna się zapełniać. I to szybko.
Jezu...
Biorę plecak i z premedytacją wkładam go na oba ramiona, po czym schodzę po schodach prowadzących prosto do piekła.
*
Piekła? To mało powiedziane. Szkoła okazuje się tym wszystkim, czego się najbardziej bałam, a nawet czymś gorszym. Lekcje nie są nawet takie złe, ale skorzystałam (z konieczności i niewiedzy) z toalety przy pracowni chemiczno-biologicznej i chociaż jakoś to przeżyłam, pozostawiło to trwały ślad w mojej psychice. A wystarczyłoby, gdyby Six po prostu poinformowała mnie, że to pomieszczenie służy raczej za burdel niż łazienkę.Na przerwie przed czwartą lekcją słyszę już słowa „dziwka” i „szmata” szeptane niezbyt delikatnie przez niemal każdą dziewczynę, jaką mijam na korytarzu szkolnym. A skoro mowa o braku delikatności: zwitek dolarówek, który wraz z karteczką wypada z mojej szafki, wskazuje na to, że nie jestem tu zbyt mile widziana. Karteczka podpisana jest przez dyrektora, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że to on jest jej autorem, biorąc pod uwagę pisownię i treść: „Szkoda, że w twojej szafce nie ma róry, dziwko”.
Wpatruję się w karteczkę, rozciągając wargi w uśmiechu i powoli godząc się z tym, że tak będzie
wyglądało moje życie przez najbliższe dwa semestry. I pomyśleć tylko, że sama tego chciałam! Dotąd
myślałam, że ludzie zachowują się tak idiotycznie tylko w książkach. Teraz mam dowód na to, że w prawdziwym świecie również. Mam też nadzieję, że większość żartów odbywających się moim kosztem będzie tylko taka jak ten kawał z kasą dla striptizerki. Co za idiotka szasta tak kasą? Pewnie bogata. Albo bogate.
Jestem pewna, że grupka rozchichotanych skąpo, a zarazem drogo ubranych dziewczyn, które stoją za mną, czeka na to, że rzucę swoje rzeczy na podłogę i pobiegnę z płaczem do najbliższej łazienki. Tyle że jest z tym pewien problem. Czy też raczej są trzy problemy.
1. Ja nie płaczę. Nigdy.
2. Byłam już w tej łazience i nigdy tam nie wrócę.
3. Lubię kasę. Niby czemu miałabym od niej uciekać?
Kładę plecak na podłodze i zbieram pieniądze. Jest tam co najmniej dwadzieścia jednodolarówek, a w szafce jeszcze ponad dziesięć. Zbieram je wszystkie i chowam do plecaka. A potem biorę odpowiednie książki, zamykam szafkę, wkładam plecak na oba ramiona i uśmiecham się.
– Podziękujcie ode mnie swoim tatusiom – mówię, mijając dziewczyny, którym wcale już nie jest do śmiechu. Ignorując ich gniewne spojrzenia, odchodzę.
*
Nadchodzi przerwa obiadowa. Patrząc na strugi deszczu podtapiające dziedziniec, zdaję sobie sprawę, że karma odpłaciła gównianą pogodą. Tylko nie wiadomo jeszcze komu.Na pewno mi się uda.
Przykładam dłonie do drzwi stołówki i popycham je, oczekując bliskiego spotkania z ogniem i siarką.
W środku jednak zamiast ognia i siarki atakuje mnie tak głośny hałas, jakiego chyba nigdy jeszcze nie doświadczyłam. Wszystko wskazuje na to, że każda osoba w tej stołówce usiłuje przekrzyczeć inne. Wszyscy tu strugają ważniaków.
Ze wszystkich sił próbuję udawać osobę pewną siebie, nie chcąc przyciągać niczyjej uwagi – chłopaków, klik wrednych dziewczyn, wyrzutków czy Graysona. Jestem już w połowie drogi do bufetu, kiedy nagle ktoś bierze mnie pod ramię i ciągnie za sobą.
– Czekałem na ciebie – mówi. Nie udaje mi się nawet mu przyjrzeć, kiedy ciągnie mnie przez całą stołówkę, klucząc między stolikami. Zaprotestowałabym, ale to najciekawsze, co mi się dzisiaj przytrafiło. Tymczasem chłopak łapie mnie za rękę, przyspieszając. Przestaję się opierać.
Z tego, co udaje mi się dostrzec, wynika, że facet ma styl, chociaż dość dziwny. Ma na sobie flanelową koszulę i wściekle różowe buty. Jego spodnie są czarne i obcisłe. Gdyby był dziewczyną, powiedziałabym, że podkreślają figurę. Ponieważ nie jest, uznać należy, że uwydatniają szczupłą budowę ciała. Ciemne włosy ma krótko ścięte po bokach i nieco dłuższe na górze. A oczy... wpatrują się we mnie. Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że stoimy, a on już nie trzyma mnie za rękę.
– A oto i nasza nierządnica – mówi, uśmiechając się do mnie. W zestawieniu ze słowami, które wypowiedział, wyraz jego twarzy wydaje się ujmujący. Siada przy stoliku i przywołuje mnie gestem
dłoni. Przed nim stoją dwie tacki, ale tylko jedna jest jego. Drugą przesuwa w moim kierunku.
– Siadaj. Musimy pogadać o naszym sojuszu.
Przez kilka chwil stoję w milczeniu, zastanawiając się nad sytuacją. Nie mam pojęcia, kim jest ten chłopak, mimo że zachowuje się tak, jakby na mnie czekał. Nie mówiąc już o tym, że przed chwilą nazwał mnie nierządnicą. A do tego wygląda na to, że stawia mi obiad. Patrzę na niego z ukosa, usiłując go rozszyfrować. W następnej chwili mój wzrok przyciąga plecak leżący na krześle obok niego.
– Lubisz czytać? – pytam, pokazując na książkę wystającą z plecaka. To żaden tam podręcznik.
To najprawdziwsza książka. A już myślałam, że zwyczaj czytania książek całkowicie zaginął w tej
epoce maniaków internetu. Wyjmuję książkę z jego plecaka i siadam naprzeciw niego.
– Co to? Tylko nie mów, proszę, że science fiction.
Odchyla się na krześle i uśmiecha, jakby właśnie wygrał. Może zresztą faktycznie wygrał? W końcu jednak usiadłam, prawda?
– Co za różnica, co to za książka. Ważne, żeby była dobra – odpowiada.
Kartkuję przez chwilę, nie mogę jednak zgadnąć, czy to romans. Uwielbiam romanse. Sądząc z wyglądu tego chłopaka, on również może je lubić.
– I co? – pytam. – Dobra?
– Tak. Zatrzymaj ją. Skończyłem ją czytać na zajęciach komputerowych.
Patrzę na niego. Wciąż pławi się w blasku zwycięstwa. Wkładam książkę do swojego plecaka, po czym pochylam się i przypatruję zawartości tacy. Pierwsze, co robię, to sprawdzam datę przydatności do spożycia na kartoniku z mlekiem. W po rządku.
– A jeśli jestem wegetarianką? – pytam, spoglądając na piersi kurczaka w sałatce.
– Wyjedz samą zieleninę – odpowiada.
Biorę widelec, nabijam na niego kawałek kurczaka, po czym unoszę go do ust.
– Masz szczęście, nie jestem.
Uśmiecha się, po czym też unosi widelec i zaczyna jeść.
– Przeciw komu ma być ten sojusz? – Ciekawa jestem, czemu to właśnie mnie wybrał.
Rozgląda się dookoła, a potem unosi dłoń i kręci młynka palcem.
– Idiotom. Mięśniakom. Świętoszkom. Sukom.
Opuszcza rękę i dopiero w tej chwili zauważam, że paznokcie pomalowane ma na czarno. Podąża za moim wzrokiem i przez chwilę sam im się przypatruje, wydymając wargi.
– Pomalowałem je na czarno, bo ten kolor najlepiej oddaje mój dzisiejszy nastrój. Może kiedy zgodzisz się do mnie przyłączyć, zmienię go na coś weselszego. Na przykład żółty.
Potrząsam głową.
– Nie cierpię żółtego. Pozostań przy czarnym, pasuje do twojego serca.
Chłopak wybucha śmiechem. Ten szczery, perlisty śmiech wywołuje mój uśmiech. Zaczynam go lubić, chociaż nie wiem nawet, jak się nazywa.
– Jak masz na imię? – pytam.
– Breckin. A ty jesteś Sky. Taką mam w każdym razie nadzieję. Chyba powinienem był potwierdzić twoją tożsamość, zanim przedstawiłem ci szczegóły swojego szatańskiego planu przewidującego stworzenie dwuosobowego sojuszu, który podporządkuje sobie tę szkołę.
– Jestem Sky. I naprawdę nie masz powodów do zmartwienia. Przecież jeszcze nie znam szczegółów tego twojego szatańskiego planu. Ciekawi mnie co innego: skąd wiesz, kim jestem?
W całej tej szkole znam tylko jakichś czterech, może pięciu gości i tak się składa, że z nimi wszystkimi się szlajałam. Nie jesteś żadnym z nich, więc skąd wiesz?
Przez ułamek sekundy widzę w jego oczach przebłysk współczucia. Na jego szczęście trwa to tylko chwilę.
Breckin wzrusza ramionami.
– Jestem tu nowy. I jeśli jeszcze tego nie wywnioskowałaś z mojego nienagannego stylu ubierania, mogę się przyznać, że jestem... – Pochyla się i zasłaniając ręką usta, szepcze: – mormonem.
Wybucham śmiechem.
– A już myślałam, że powiesz: gejem.
– To też – odpowiada, machając ręką. Opiera brodę na dłoniach i pochyla się do mnie. – A teraz serio. Zauważyłem cię dzisiaj w klasie i stało się dla mnie jasne, że też jesteś nowa. I kiedy zobaczyłem na przerwie przed czwartą lekcją kasę wypadającą z twojej szafki i twój brak reakcji, wiedziałem już, że jesteśmy sobie pisani. Pomyślałem też, że jeśli się zakumplujemy, być może zapobiegniemy dwóm niepotrzebnym samobójstwom nastolatków. I co ty na to? Chcesz zostać moją najlepszą przyjaciółką na całym bożym świecie?
Wybucham śmiechem. Czy można się nie roześmiać, słysząc coś takiego?
– Jasne. Ale jeśli ta książka okaże się beznadziejna, zrywamy.